do górydogóry



Souvenirs de Pologne
André Pelczynski

Andrzej Pelczynski, Wojsko Poznanskie

L'orchestre militaire de Poznań avant la seconde guerre mondiale.

En passant votre souris sur le visage de deux des personnes du premier rang (1 et 6 à partir de la gauche), vous trouverez les deux frères Andrzej et Stefan.

Rodzina

Witaszyce

U rodziców we Witaszycach
Passez la souris sur des visages pour savoir de qui il s'agit

w Poznaniu
Andrzej z żoną w Poznaniu

BIOGRAPHIE
Mes remerciements à Mme Marie Tomczak pour son aide

Już po pięćdziesiątce mój życiorys piszę,
Nie wiem, czy go dojrzę duszą – czy dosłyszę.
W zaległości mojej od przeszło pół wieku
Czy go spamiętałem ? bo na każdym kroku
Pamiąć mnie zawodzi, fakty zapominam,
Ale mimo wszystko zacznę – rozpoczynam.

O młodości moja! Ty świecie kochany,
Chociaż w jednej izbie, pobielane ściany,
Chociaż niewesoła i nie uśmiechnięta
I może dlatego jeszcze cię pamiętam.
Czemu mimo wszystko ja tęsknię do ciebie,
Tyś słoneczkiem moim, tyś gwiazdką na niebie

Czemu nieraz błądzę myślą zadumaną,
Pieszczę się jak gdyby dziewczyna kochana;
O młodości moja – biale ściany chatki,
Gromada nas była u ojca i matki,
Ale jak przyjemnie w ciasnocie rodzinnej,
Nie chciałbym bogatszej, nie pragnąłem innej

W rodzinnej gromadzie rodziców kochanych
Siedmioro nas było, chłopaków już samych.
Trzy siostry, Marynia, stara ciotka Magda.
Ile trzeba było dla wszystkich gąb jadła ?
Ile przyodziewku, bielizny i butów
A na zimę : rebli, pantofli i jupów ?

O moi kochani, ten rejestr maleńki
Już daje wam pogląd na nasz żywot cienki,
Jednym słowym bieda zaglądała w oczy
I nieraz inwentarz wkradł się wśród warkoczy,
A mimo tych braków, mimo niedostatków
Szczęśliwi rodzice mając tyle dziatków

Od świtu do zmroku obaj pracowali.
To nie była praca – oni harowali !
Obaj bez wytchnienia i bez wypoczynku
Bardzo często głodni? na swym posterunku,
Dla nas swoje siły przedwcześnie ścierali,
Ale rzecz ciekawa – że przytem śpiewali

Ojciec gdy wieczorem z pańskiego powrócił
Tylko zaszedł do domu, burkę z siebie zrzucił
Łapał siekierę i na dwór do pieńka
Drzewo do kolacji rąbie, chociaż stęka,
Ale gdy polewkę matka zgotowała,
Wszystkich nakarniła, do snu układała.

Ojciec po kolacji zapomniał zmęczenia,
Wziął się do trzewików swego pokolenia
A przy szewcowaniu jedną pieśń za drugą
Na przemian raz krótką, po niej śpiewał długą
Wesołą, gdy skończył, smutną rozpoczynał
I tak na "odwyrtkę" cały wieczor śpiewał.

-1/63-

A myśmy też ojcu przytem pomogali,
Wyciągali dratwę, szpilki wybierali,
A przy tej robocie każdy nadsłuchiwał
I za ojcem w myślach lub pocichu śpiewał.
Ojciec z tego dumny, uśmiech miał pod wąsem
I czasem do matki powiedział z przekąsem :

"Te nasze chłopaki nic słuchu nie mają,
Wdały się za tobą, więc nic nie śpiewają"
Ale żarty na bok, matka też śpiewała,
Choć czasu nie miała, lecz gdy kołysała,
Na chwilę usiadła i zaczęła śpiewać

Spiewała po cichu, czasem bardzo smutnie,
A myśmy słuchali i chciwie okrutnie
Melodię i słowa żeśmy przyswajali
I po kątach myśmy piosenki śpiewali.
I do dziś pamiętam tych piosenek słowa
I dla moich wnuków pod sercem je chowam.

Napiszę gdy zdążę na osobnej kartce,
Bo to jest majątek po ojcu i matce.
Pamiętam gdy święta jakieś się zbliżały,
Radował się wielki, radował się mały,
Ileż to uciechy, radości, wesela
Gdy się przybliżała Palmowa Niedziela.

Wszyscy na wyścigi myśmy palmę zbierali
W lesie za kwakiem i bagnem latali
I każdy się cieszył, każdy się radował,
Do świąt Wielkanocnych w duszy się szykował,
Jeden przez drugiego jaj żeśmy szukali,
A kto tylko znalazł matce-śmy oddali.

Żeby jak najlepiej Wielkanoc wypadła,
Matka wcześnie wstając, późno w noc się kładłam
Szorowała ławki, stołki i szafliki,
Naprawiała sprzęty, wiadra i cebrzyki,
Wynosiła łóżka i izbę bieliła;
Wymyła podłogę i okno czyściła

Potem świeżą słomę do łóżek ścieliła,
A wieczorem wszystkich czysto nas wymyła.
Ojciec już zawczasu pieńki przygotował,
Dziury powywierczał, śrutem naładował,
W pogotowiu wszystko na niedziele było.
We Swięta się tylko lonty zapaliło

Wcześnie to uczynił, ledwie dzień zaświtał,
Zmartwychstanie Pańskie w ten sposób przywitał
Wkrótce po wystrzałach słychać było dzwony,
Do kościoła na Mszę lud prosty wołali,
A ludzie na odgłos dzwonów podążali

-2/63-

Do świątyni Pana, tam Go wychwalali
I na większą chwałę pieśni Mu śpiewali.
Po powrocie do dom święconkę na stole
Matka podzieliła – jedliśmy w zespole
I wesoło było, a starym zwyczajem
Przy Swięconce wszyscy dzielili się jajem

Do jaj wszyscy chłopcy mieli nowe
Zakupione w kramie, piękne kolorowe :
Janek miał zielony, ja miałem niebieski
Franka kolor biały a Kasia papieski,
Zdaje się, że Stefan czerwonym się bawił,
Co mu jego chrzestny aż z Pleszewa sprawił,

Ojciec miał scyzoryk, a Walek młodzieniec
Bił jajka na ławce jak jaki odmieniec
I z skorupy jako obrał i posolił
Włożył grupę masło i na raz "wtranżolił"
Marynia z Jadwigą jaj się nawpychały,
A Władzia ze Stefcią to przez dzionek cały

W fartuszku w kieszeni po jajku nosiły,
Że rano nie zjadły, więc się tym chełpiły.
Myśmy się psocili jajka wydzierali
I z tego powodu często oberwali.
W drugie święto "dyngus" więc z samego rana
Co spotkasz niewiastę, każda wodą zlana.

Myśmy w tym szczęśliwym położeniu byli,
Że z naszego okna wszystkośmy widzieli –
Kto do studni przyszedł i pompował wodę,
Ten dziś przy dyngusie odbierał nagrodę,
A już przyde wszystkiem wszystkie młode dziewki
Gdy przyszły po wodę mokre przyodziewki

Od stopy do głowy wszystko mokre miały,
Bo je parobczaki zimną wodą zlały,
Ale właśnie z tego, że mokre chodziły,
Wielki zaszczyt miały, z tego dumne były,
Bo któraby w dyngus wody nie dostała

I za mąż nie pójdzie, choćby najładniejsza,
Więc choć woda zimna, choćby najzimniejsza,
To trudno, lecz każda polać się kazała,
Żeby jak najprędzej za mąż się wydała.
Po południu nowa niespodzianka była –
Chodziły niedźwiedzie, dziatwa się schodziła,
Już wcześnie w kierunku podżrza zglądali,
Czy nie widać było niedźwiedzi z oddali.

A gdy tylko do wsi zbliżać się zaczeli,
Z radości do góry wszyscy podskoczyli.
Niedźwiedź szedł na przedzie słomą owinięty,
Poważny z maczugą – nic nie uśmiechnięty

-3/63-

Na długim powrozie z tyłu prowadzony
Na dzieci wygrażał, starszym bił pokłony,
Za nim dziad i baba z koszami się wlekli
I do każdej izby wchodzili jak wściekli,
Pełno jaj i kiełbas od bab nazbierali,
Która mało dała, jej się wygrażali,

Kominiarz jak dziki za dziećmi wciąż gonił,
A bocian to dziewki nie ochronił ,
Dziobał je po plecach, po udach, ramieniu,
Żeby szczęście miały w swoim pokoleniu.
Jeden na koniku jeździł jak szalony,

Nie mógł już udźwignąć ciężaru swojego,
Więc był zaczepiany prawie przez każdego.
A bruzi na skrzypcach oberki wygrywał
Zanim ta kolona cała wieś obeszła,
Już się dzienek skończył i nocka nadeszła

Co to za uciechę wszystkie dzieci miały,
Całe popołudnie za nimi latały,
Chodziły niedźwiedzie raz jeden do roku,
Więc tej przyjemności i tego uroku
Trzy bało nas zapas sobie nagromadzić,
Żeby było o czym cały roczek radzić.

Tak minęły święta i jeden za drugim
Szybko dni mijały, uciekały migiem,
Rodzice zajęci byli stale pracą
Nie pytali ile i kiedy zapłacą,
A myśmy do szkoły codziennie chodzili,
Lekcje odrabiali, dobrze się uczyli.

Każdy z nas rokrocznie do następnej klasy
Przechodził z łatwością, chociaż ciężkie czasy
Dla Polaków były – bo język niemiecki
Był obowiązkowy, fałszywy, zdradziecki.
Uległ naród polski germańskiej przemocy,
Więc we dnie o Niemcach a o Polsce w nocy

Uczyła nas matka i ojciec kochany:
O królach, o wojnach, Częstochowskiej bramy
Pomimo przewagi Szwedzi nie zdobyli
I od Częstochowskiej z wstydem odstąpili
A pozostałości po szwedzkim najeździe
Ojciec pokazywał nam w rodzinnym gnieździe.

Tam na ”Bartykowcu”, w tej głębokiej wodzie
Widać było Szwedów – siedzieli na wozie
Z dzidami w chełmach wszystko zatopione,
Nie zdobyli Polski, chociaż uzbrojone
Od stopy do głowy. Polskę najechali –
Do dziś w ”Bartykowcu” we wodzie tak spali

-4/63-

Myśmy oczywiście tam nie zaglądali,
Bo jak ojciec mówił, wszyscyśmy się bali,
Więc żadnego Szweda w wodzie nie widziałem,
A to bardzo dobrze, bo i tak się bałem.
Ojciec opowiadał, że Polska znów będzie,
Bo Polak jest dzielny i w kraju, i wszędzie

Daje sobie radę dzielnie walczy, bije,
A w sercach Polaków Polska nadal żyje.
O tych starych dziejach to opowiadanie
Było, gdyśmy z Frankiem zanieśli śniadanie,
Bo ojciec już wcześnie krowy w pole pędził,
Dla naszego dobra swoich sił nie szczędził.

We wszystkie kierunki, wszystkie okolice
Aż pod Orpiszewek, lub Magnuszewice.
Czasem ku brodowi lecieć było trzeba
Ze dzbankiem polewki i tą kromką chleba,
Raz na Teodorów, koło wielkiej drogi
Lub na Buchaliniec męczyć sobie nogi,

Czasem na Cegielnie, lub koło bociana
Albo tuż przy domu u świętego Jana,
Na smolarnym piecu, krowy jeść nie chciały,
Kwaśna trawa była, mało mleka dały.
Do zielonej wierzby szliśmy bardzo często,
A tam drzew i krzaków było że aż gęsto.

Tam nawet leżołki pewnie ze trzy rosły,
A dzikie gołębie swoje jaja niosły
Myśmy się na sosny wysoko wskrabali
I dzikiemu ptactwu jaja wybierali.
Legendarne bymy wszystkie okolice
Myśmy je kochali – a dlaczego ? wiecie ?

Tam nam ojciec swoje opowiadał dzieje,
A myśmy słuchali i swoje nadzieje
Na przyszłość dla Polski w duchu planowali,
Na doznane krzywdy zębami zgrzytali.
W tym codziennym trudzie czas tak szybko płynął
Jeden dzień za drugiem dla wieczności ginął.

A życie spokojny bieg swój dla nas miało
I nic ciekawego w domu się nie działo.
Perki i polewka były na śniadanie,
Obiad nieciekawy, wciąż to samo danie
Krychane kartofle i talerz maślanki
(Janek czasem dostał do perek śmietanki)

Bo mówił do matki, że duszone perki
Szkodzą mu na płuca, czy nawet na nerki.
Czasami jaj ślepych matka nasmarzyła,
A na piątek zwykle sześć śledzi kuliła,
Na kolację była polewka i perki,
Bardzo rzadko kiszka lub kawałek szperki

-5/63-

Do szkoły braliśmy czarną kromkę chleba,
A ziarno samemu mielić było trzeba,
Żarna w sieni stały i przez wieczor cały
Ciągnąć było trzeba, chociaż byłem mały,
Już z matką ciągnąłem, a Janek z Marynią
A Jadwiga z Walkiem na zmianę to czynią,

I tak do wieczora żarna terkotały,
Mąka, chleb był i chociaż nie biały
Matka chleb upiekła, ale nam smakował
I każdy sie najadł, Bogu podziękował,
W dzień powszedni z gzikiem, a z masłem w niedziele
Masło nie starczyło, bo nas było wiele.

Więc Matka dzieliła jak tylko umiała,
Żeby się najadła ta gromada cała
Za to lepszy obiad jedliśmy w niedzielę:
Były kluski, rosół, choć mięsa niewiele,
Czasem miał apetyt ojciec na prażuchy,
Myśmy jeść nie chcieli, nas bolały brzuchy.

W adwencie i poście, żur na pierwszym planie
Co dzień na kolację rządził na śniadanie.
Żimą często była z grochówką kapusta,
Jedliśmy ją chętnie, kiedy była tłusta,
Czasem się dziewuchy do roboty wzięły,
Natarły kartofli, plindzów nasmażyły.

To nasze jedyne najlepsze przysmaki
Chętnie jedli starsi i chętnie dzieciaki,
A innych łakoci, kompotów, budyni
Tegośmy nie znali. Latem i w jesieni
Ojciec prawie co dzień grzybów przyniół z lasu
Na chwilę odskoczył, chociaż nie miał czasu.

Przy krowach  na straży delfina zostawił,
Wpadł na pół godziny, długo nie zabawił.
Najpierw na Kurczewskie, w te głębokie rowy.
Tam rosły ”kozoki” i te duże sowy,
A na Bartykowcu znów były pawdziwki,
Koło wielkiej drogi, olszówki i siwki,

Kurki choć przy dukcie, a znowu maślaki
Rosły w zagajnikach tam, gdzie były krzaki.
Grzybów pełną torbę w momencie nazbierał,
Potem już przy krowach wszystkie poprzebierał:
Prawdziwki osobno, rydze i kozaki,
Siwki gęsiepępki, olszówki, maślaki,

Kurki podróżniczki, pieczarki i sowy,
To przez całą jesień obiadek gotowy.
Najpierw pełną torbę do dom uszykował,
A co pozostało drugim podarował.
Ile do Wosika grzybów ja nanosił.
Ojciec kazał zanieść, choć o nic nie prosił,

-6/63-

A Wosiczka za to łupę sera dała
Albo pełną torbę jabłek nazbierała.
Tak minęło lato, zbliżała się jesień,
Po jesieni zima, a tu pusta kieszeń,
Więc aż strach ogarniał, co przyniesie zima
Taka perspektywa nie do zazdroszczenia.

Lecz z matką na szefle wszyscyśmy chodzili
Kartofle kopali, grosze zarobili.
Matka do Pleszewa z ojcem pojechała,
Dla wszystkich odzieży na zimę kupiła.
Walek nową burkę z miejsca zafasował
I przez całą zimę w niej się paradował,

Janek dostał jupę buty z cholewami,
Nas los obu z Frankiem obdarzył reblami,
Kaźmierz ze Stefanem dostali trzewiki,
A wszystkie dziewczyny nowe podstaniki,
Wszyscy nowy ubiór, nowe obrocajki,
A na wielkie mrozy watowe kufajki.

A każda pończochy i nowe pantofle
Za szefle kupione – kopane kartofle.
Tak na zimę wszystko się zabezpieczyło,
A na wiosnę znowu słoneczko świeciło.
Więc spokojny żywot w zimowe wieczory,
Szkolnicy przy książkach, starsi rozhowory.

Matka cały wieczór była przy robocie,
Ojciec buty łatał, więc wszyscy w komplecie
Zajęcie swe mieli. Dziatwa mała spała,
Na koniec rodzina wspólnie zaśpiewała,
Pacierze zmówili, do snu się pokładli,
Szczęśliwi, że Bogu z dnia nic nie ukradli.

Pamiętam, był grudzień, dokładnie ósmego
Tysiąc i dziewięćset roku dwunastego
W święto Matki Boskiej, już późno wieczorem
Mrozik był nad wioską, mrozik był nad dworem,
Myśmy się pokładli, lecz jeszcze nie spali,
Wtem – Derwiszka wpadła”w podwórzu się pali”
Krzyknęła i poszła. Ojciec buty wciągnął,
Nawołując matkę za sobą pociągnął,

Walek z Jankiem ruszył jakby oparzeni,
Marynia z Jadwigą za nimi do sieni,
My z Frankiem do okna nad podwórzem łuna
Jakżeś okiem sięgnął : ogromna, czerwona.

Gaci nie zdążyłem, tylko portki same
Wciągłem i z Frankiem wybiegłem przed bramę,
Ze strachu i zimna drżeliśmy na ciele.
Patrzymy na drogę a tu ludzi wiele,
Wszyscy na podwórze do ognia zdążają,
Wszyscy podnieceni do siebie gadają.

-7/63-

My też na podwórze biegiem podążamy,
Po drodze kobiety z krowami mijamy,
Pobrali z obory do domu prowadzą,
Co robić z krowami wzajemnie się radzą.
Myśmy do obory też oboje wpadli,
I do naszej ”bestrej” przez płoty się wkradli

Bo ona nas dzieci strasznie nie lubiła
I zaraz na rogi wszystkie dzieci brała;
Porwała się dzika, jak ją od koryta
Spuściłem i biegiem na drogę, Jak wryta
Stanęła na środku, na łunę patrzała
Przez chwilę spokojna – potem zaryczała,

Schwyciłęm za łańcuch i razem do domu
Z Frankiem przypędziłemm nie mówiąc nikomu.
W podwórku przy chlewie krowę uwiązali,
Zmarzniętych wierzchołków do jedzenia dali.
Biegiem na podwórze żeśmy polecieli,
Stanęli pod stajnią – na ogień patrzeli
Z podziwem, ze strachem; pożaru takiego
Myśmy nie widzieli od rodzenia swego

Stodoła sto metrów swej długości miała,
Na całej długości cała w ogniu stała,
A obok w kwadracie to stodoła sienna
Przez pięćdziesiąt metrów gliniana, wapienna,
Choć pod słomą była lecz jeszcze płomienie
Jej nie ogarnęły, a ludzkie sumienie

W tej chwili się waży, w tej chwili spaczone,
Lecz przyd tym serdecznie wódką zamroczone,
Bo chłopi pięć worków w nafcie nasycili
I sienną stodołę także zapalili

Chłapowski podobno ucieszył się z tego
I chłopów poprosił zaraz na głębszego.
Obydwa pożary – jedna wielka siła
Jasnością w około Kotlin oświeciła
Słychać wielkie trzaski, spadające belki.
Z dachu słomianego zbudzone wróbelki

Przestraszone z ognia szybko ulatały,
Straciły mieszkanie, nowych gniazd szukały.
Ogień wiatr rozszerzał, potężniał się, wzmagał,
Języki ogniste aż pod niebo smagał.
Wybuchały beczki z oliwą i naftą,
Niebo zachmurzyły jakby czarną płachtą.

Czarnymi dymami jakby jakieś czary
Paliła się nafta, oliwa i smary,
I takie wrażenie jakby całe piekło
Z czeluści piekielnych do nas się przywlekło.
Staliśmy pod ścianą, ze zgrozą, z zachwytem,
Nieubrani, z zimna trzęśliśmy się przy tem

-8/63-

Patrząc na ten żywioł w swym działaniu groźny.
Północ się zbliżała, a wieczór był mroźny,
Więc matka za nami wśród nocy szukała
Znalazła pod stajnią, do domu zabrała.
Nie wiem czy zasnąłem, czy tylko dumałem,
Pamiętam, że w szkole z tego ”aufsatz” miałem.

I data tej lekcji jest bardzo znamienna,
Czemu i dlaczego nie chciała być inna,
Trzy dwunastki w sobie tylko zawierała,
Dlatego w pamięci mojej pozostała.
Takiej drugiej daty nie będę miał w życiu.
A czy wiesz, co los twój ma dla cię w ukryciu ?

Bo w dwunastym roku grudnia dwunastego
Gdzieś na Górnym Śląsku żona brata mego
Lusia na świat przyszła, Janka połowica.
Czy to nie znamienne i ta okolica,
Gdzie Miarka pracowała w samym Mikołowie,
Ojciec Lusi z Miarką pracował – był w zmowie.

Powiedzcie kochani, co o tym myślicie ?
Ale ja wam mówię : figle płata życie.
Pamiętam jak Walek pojechał do Niemiec:
Miał lat osiemnaście – to przecież młodzieniec
Myśmy wszyscy w domu dumni z tego byli,
Ześmy ”westfalaka” na robocie mieli,

Ale Walek jakoś nie mógł dać sobie rady
Nie raz z tego względu były w domu zwady,
Nie długo tam siedział – szesnaście miesięcy
I trzydzieści marek przysłał, i nic więcej,
Stamtąd go do wojska do Strasburga wzięli,
Ale też nie długo nim się nacieszyli,

Bo przy jakimś skoku nogę sobie zwichnął.
Zwolnili go do dom, i sobie oddychnął.
Było to na wiosnę, roku czternastego.
Pamiętam szczególnie, oto roku tego
Z Kotlinem na zawsze żegnać nam się przyszło
Dobrze nie pamiętam jak do tego doszło,

Jeżeli coś zmylę, spytam o to Janka
I w tym miejscu później będzie mała wzmianka;
Na ojca wciąż zajdlxx skarżył pisarzowi
A ten znów dokuczał naszemu ojcowi
I do tego doszło, że raz przy apelu
Na ojca się rzucił przy wszystkich i wielu

Patrzało, jak pisarz nad ojcem się znękał
Ale nikt nie stanął w obronie, lecz czekał,
Dopiero jak Janek na apel się stawił,
Ojca z tej opresji od razu wybawił
Porwał jakiś szpadel, pisarza przez kręgi
Raz jeden i drugi przeżegnał i cięgi

-9/63-

Pisarzowi dali, wszyscy się cieszyli,
Że Pełczyński stary i syn zuchy byli,
Z tego to powodu, taka to przyczyna
Że Pełczyński musiał wędrować z Kotlina,
Więc już drugi okres trzeba będzie pisać,
Ale nie tak łatwo z Kotlinem się rozstać.

Przecież od dzieciństwa ojciec żył w Kotlinie.
Znał tu wszyskich ludzi, każdy kto go minie,
Serdecznie do ojca zawsze się odnosił.
Ojciec był ambitny, o nic by nie prosił
I chociaż był biedny ale honorowy,
I chociaż we dworze pasał tylko krowy,

Lecz każdy z szacunkiem do ojca się zawracał.
Nie oszukał nigdy, głowy nie zawracał,
Choć nieraz dał dzieciom coś by potrzebował
Jak sam nie zarobił skraść by nie próbował
I dlatego każdy mówił, że morowy
Czy to nauczyciel, czy ksiądz, czy borowy,

Ten właśnie incydent ze smarkatym pisarzem
Podniósł reputację, ojciec z synem razem
Nie dali się pobić od pana pisarza,
Z miejsca rżnęli pracę, żadnego włodarza
Nie prosili o nic, o żadną protekcję
Najgorzej pan pisarz dobrą dostał lekcję,

Dla nas było ciężko ze szkołą się rozstać.
My byśmy najlepiej chcieli tu pozostać.
Tu żeśmy naukę naszą rozpoczęli,
Tu, jak już wspomniałem, dobrze się uczyli,
Tu nauczyciele dobrze nas poznali,
Nigdy nas nie bili, aleśmy się bali.

Za naukę żaden bicia z nas nie dostał,
Najwyżej za figle ”nachbleiben” pozostał.
Ani Fraulein Barschnik, ani Maternicka
Nie miały pretensji, choć mowa niemiecka
Trudna dla nas była. Sam Taczak kierownik,
Że każdy Pełczyński w nauce przodownik

Powiedział i Gluschke, Konrad to potwierdził
I cały kolektyw opinię zatwierdził,
To też gdy nas matka poszła odmeldować,
Każdy nauczyciel zaczął nas żałować,
Że tak dobrych uczni szkoła naraz traci
Tak się dobrze uczą, chociaż nie bogaci

Ale trudna rada, do Witaszyc trzeba
O sześć kilometrów dla kawałka chleba
Wędrować w nieznane, co nam los przyniesie,
Oj, jak ciężko było – czy to serce zniesie ?
Więc z tego widzicie, że to pożegnanie
Bardzo ciężkie było. Kotlinie – Kochanie !

-10/63-

Muszę cię pożegnać, muszę ciebie rzucić,
Iść razem z rodziną i więcej nie wrócić.
Ale Witaszyce od razu łaskawsze
W stosunku do Kotlina prawie już na zawsze
I choć o Kotlinie wciąż myśmy myśleli,
Jednak w Witaszycach lepszą dolę mieli.

Cóż z tego ? niedługo, bo w letnim okresie
Los całej Europie coś nowego niesie.
Wojna ! groźna wojna ! pomiędzy Niemcami
A Francją i Anglią i Rosjaninami.
Nie będę nic pisał o wojnie światowej,
Ten poważny temat już w druku gotowy.

Nadal chcę opisać rodziny mej dzieje,
Jakie były losy, na przyszłość nadzieje.
Z rodziny na razie nikt nie szedł na wojnę
I pierwsze miesiące mijały spokojne.
Od Nowego Roku, ktoś uleciał z domu,
Ale to odejście nieznaczne, nikomu

Prawie nie podpadło, zresztą niedaleko
Do krów na Wilczyniec przeznaczenie wlokło,
Na służbę do Bejdy, matka mnie zgodziła
Adam i Marynia mnie tam namówiła
Żle mi tam nie było, bo jeść dosyć dali,
Pracować umiałem, więc co mi kazali,

Zrobiłem i basta i niby w porządku
Byłem u Pejdziny zaraz na początku
Do szkoły też szedłem z samymi Niemcami,
Dwóch nas tylko w szkole było Polakami
Oprócz mnie Kaczmarek u Lamperka służył,
W szkole dobrze było, czas nam się nie dłużył

Bo tylko dwie lekcje w programie były
A nauczyciele z innych wsi uczyły
(Nasz poszedł na wojnę) z Wilczy kawał drogi,
Więc czym Fischer przyszedł zmcwzm sobie nogi
Najczęściej to spóźnił, lub nie przyszedł wcale,
A my po pokojach, z pokoi na sale

Ani na chwileczkę cicho nie siedzieli,
Wtenczas to dopiero we szkole raj mieli,
Po wszystkich pokojach żeśmy ujeżdżali,
A przede mną wszystkie Niemiaszki się bali
Wpędziłem ich wszystkich do jednego kąta
Wziąłem jakieś rózgi albo kawał pręta

Kropiłem ich z góry, wszyscy uciekali,
Bo mnie od Polaka Niemcy wyzywali.
Wkrótce przestał Fischer też do nas przychodzić,
Też poszedł na wojnę granice swobodzić.
Przychodził nas uczyć Herr Pastor z Dobrzycy,
Ale z niego baba tylko bez spódnicy

-11/63-

Cośmy z tym pastorem w szkole wyrabiali,
Mówię wam, że cuda, wciąż żeśmy się śmiali.
Mnie Emma do szkoły chodzić nie kazała,
Żem się dobrze uczył, to ona wiedziała,
Chciała żebym robił i harował w domu
Jam obiadu nie zjadł, alem po kryjomu

Swoje książki zabrał i poza stodołą
Poleciał do szkoły, nie chciałem być wołem,
Wieczorem mi Emma za to dokuczała,
Dodatkową pracę dla mnie znajdowała.
Co drugą niedzielę raz na dwa tygodnie
Ubrałem świąteczną marynarkę, spodnie,

Do domu kazali iść Ojców odwiedzić,
Tylko bardzo długo nie kazali siedzieć,
Więc po podwieczorku żegnać się zacząłem,
Z powrotem do Bejdy na Wilczyniec brnąłem.
I to pożegnanie i ten smutny powrót
Zrodził w mojej duszy wielki bunt i przewrót.

Bo całą powrotną drogę to płakałem,
Co spojrzałem za się to nic nie widziałem,
Bo w oczych łez pełno z tęsknoty za domem
Ojcami, rodzeństwem, ojczystym zagonem
Na Wilczyniec szedłem, wciąż się obracałem
I na Witaszyce smutny spoglądałem

I nie dokuczała na służbie robota,
Tylko ta rozłąka, za domem tęsknota,
Więc trudno wysiedzieć, nic nie pomagało,
Kiedy do rodziny me serce się rwało
I nie wytrzymałem – nie mówiąc nikomu,
W jedno popołudnie uciekłem do domu.

Na drugi dzień matka mnie zaprowadziła
Z powrotem do Bejdy, ale mnie nie biła.
Ale mnie robota od tej chwili nie szła,
Tęsknota z powrotem do Witaszyc niosła,
Wiedziałem, że matce serce znów zasmucę,
Jak służbę u Bejdy drugi raz porzucę.

Więc się przymuszałem, chciałem nadal siedzieć,
Co powiedzą ludzie ? co Ojcu powiedzić ?
Bracia śmiać się będą razem ze siostrami,
Lecz mówi się trudno – ja chciałem być z wami
I nie wytrzymałem i znów po raz drugi
Uciekłem, niech Bejda szuka sobie sługi.

Tym razem rodzice wracać nie kazali,
A że było późno i wszyscy już spali,
Więc trochę pojadłem i się położyłem
Po tych tarapatach smacznie se zasnąłem,
A wczasie mojego u Bejdy szarwarku (szawełku)
Walek się ożenił z Pelą na folwarku

-12/63-

Więc troszeczkę luźniej w domu się zrobiło,
A miejsce po Walku jakby dla mnie było.
Spaliśmy w komorze w każdym łóżku troje
I zanim zasnęli, każdy dzieje swoje,
Przeżycia i troski, życzenia, nadzieje
Opowiadał barwnie, a każdy się śmieje,

Bo nieraz fantazje nie do uwierzenia
Wyrastały w głowie bez zastanowienia.
Najlepiej z nas wszystkich Kaziu opowiadał,
On się bił z królami, z książętami gadał.
Orpiszewek, Rela, czy jakieś tam dziewki
”Nie, nie, ojciec śpijcie tam koło tej śliwki”

Znalazł tam pod śliwką raszple Matysiaka
Paski powynosił gdzieś do Walęsioka,
Gdzieś koło Sowińskiej, w przeręblu się topił,
Raz we wszystkie miechy w komorze nakropił,
W ogóle bogate przeżycia miał Kaziu,
Gdzie by diabeł nie wlazł, tam on wszędzie właził.

Mańdyga był Franek, przezwany Koszturek.
Ile on w swym życiu nastrzelał przepiórek,
List schował pod kamień, żeby nic nie widział,
Ile zjadł kawioru, na piśmie się nie znał.
Stefana – śmy Gintrem Emilem nazwali,
On to nic nie robi, kalubkę se pali.

Pokaż swego figla, już pokazuje
Gruby, to u babci kozy zarajtuje.
Na mnie już najgorzej, że ja chudy byłem
Leci, leci .................
Byłem chudy taki, albo spaśne gacie
Bo znów mnie od cieśli wszyscy wyzywanie

Po ucieczce z służby Bejdą pozostałem.
Zaszczytny przydomek do dziś zatrzymałem.
Janek był robokiem od samej młodości,
Skąd mu się to wzięło ? nie wiem, to małe złości,
Na Stefcie-śmy zwykle żydówka wołali
Czasem żedówerką lub Klorom nazwali

Powrozy na kozy o ktoby tam zliczył
Ile przezwisk miała co się do niej tyczył
Babusia, babunia, na Władzię wołali
Ona się złościła a myśmy się śmiali
Władzinkową babcią do dziś pozostała
Tak się przyzywała ta famuła cała.

Aha ! jeszcze jeden rodziny ozdoba
Ten nasz Beniaminek najmłodsza osoba
Ludwik mu na imię, a na drugie danie
Gugusiem nazwany, Gugusiem zostanie

jest anotacja

-13/63-

Wojna w dalszym ciągu groźną się stawała,
Nie chciała się skończyć, a się rozszerzała.
Powoli i u nas wyłomy robiła
I swoją niedolą z nami się dzieliła.
Walek wkrótce poszedł na Światową Wojnę
I Jankowe lata bardzo niespokojne

Z Teklusią się żeni i do Łuszczanowa
Wyciąga, i wsród nas znowu luka nowa.
Trzeba wszystkich odziać i wszystkich wyżywić,
Że się nie przelewa będziecie się dziwić ?
Franek do Lamperta znów do krów odchodzi,
A nas tylko dwoje już na pańskie chodzi,

Ojciec inwalida, więc mnie mniejszą płacę
W to miejsce dawają, złoszczę się i płaczę,
Z Vitzerem się kłócę, lecz nic nie pomaga,
Więc coraz to więcej życie niedomaga.
Matka więc wysyła Kaźmierza na służbę,
Żeby zmniejszyć w domu do jedzenia ciżbę.

Ciężka atmosfera w domu się zaczyna.
Kartofle zjedzone, kapusty też nie ma,
Okrasy pół kila na tydzień dawają,
Na resztę żywności znaczki wydawają.
Łachy się wydarły, na nowe brak pieniędzy
Ogólny obrazek rozpaczy i nędzy.

W tym właśnie chaosie braku, gdy nic nie ma,
Rok się osiemnasty kończy, prawie zima,
Niemcy popuszczają, coś się w świecie dzieje,
A dla nas Polaków radosne nadzieje –
Co nam ojciec mówił, gdyśmy byli mali,
To na własne oczy żeśmy oglądali.

Wiadomości jakieś zewsząd napływają,
Niemcy się pakują, z Polski i uciekają,
Przygrali tę wojnę i kapitulują,
Ale nam Polakom zemstę obiecują.
Powracają z frontu do domu żołnierze,
W narodowe barwy przybrali kołnierze.

Z odzyskanej, wolnej Ojczyzny się cieszą,
W szeregi powstańcze chętnie wszyscy spieszą.
Walek też powrócił, lecz Janek gdzieś z Krymu
Ostatni list pisał, sam nie wraca – czemu ?
Pół roku minęło, żadnej wiadomości,
Wszyscy zasmuceni, żadnej wesołości.

Wielkanoc się zbliża w dziewiętnastym roku,
A o Janku słuchu, żadnego widoku,
Więc ogólny smutek zapanował w domu
Jawnie nikt nie płakał – ale pokryjomu
Nieraz łzę serdeczną uroni za Jankiem
Za synem, za bratem, za Teni kochankiem.

-14/63-

Nadziei na powrót żeśmy nie stracili,
U Grobu Chrystusa żeśmy wymodlili.
W samutką Wielkanoc było po północy –
Ktoś zapukał do drzwi, pewnie chce pomocy
Takżeśmy myśleli zbudzeni pukaniem
I nikt się nie kwapi z szybkim otwieraniem.

Kto tam ? pyta matka ”proszę drzwi otworzyć”
Zerwałem się z łóżka, by spodnie nałożyć,
Powtarzam za matką ”kto tam ? ” słyszę Janek !
W tym właśnie momencie obudził się Franek
Janek ! krzyknęliśmy, z haczyka otwarłem,
Z radości łzy w oczach, rękawem otarłem

I w uścisku bratnim prawie że bez końca
Trwaliśmy, a Janek aż do wschodu słońca
Opowiadał swoje przeżycia dwuletnie,
Jak się bił na świecie, sam jeden samotnie
Pomiędzy Niemcami staczać musiał boje,
Lecz szczęśliwie wrócił w ojczyste podwoje.

Akurat na święta ja z mlekiem jechałem,
Z Jarocina rzeczy Jankowe zabrałem.
I choć niebogatą święconkę-śmy mieli
Lecz byliśmy razem i to cośmy chcieli,
Za czym żeśmy przeszło pół roku czekali,
To w samą Wielkanoc żeśmy otrzymali.

Więc wesołe święta przeżyliśmy razem,
Dziękowali Bogu przed Jego ołtarzem,
Za szczęśliwy powrót syna, brata, męża,
Naszego żołnierza polskiego oręża.
A niedługo potem mnie do wojska wzięli,
Tym mi wielki zaszczyt i radość sprawili.

Ja zawsze marzyłem, by żołnierzem zostać,
Bo żołnierski zawód i żołnierska postać
Ogromne wrażenie wciąż na mnie robiła
Mnie to chyba matka żołnierzem zrodziła,
Więc gdy powołanie do wojska dostałem,
To z radości wszystkich w duszy całowałem.

Chociaż pożegnanie, ta chwiła rozstania
Zawsze było ciężkie, płacze, narzekania –
Tym razem łagodniej wszystko przeżywałem,
Choć szedłem w nieznane, z przyszłością gadałem,
Lecz przyszłość widziałem w kolorze różowym
W mundurze żołnierza, w wojsku narodowym,

I było to prawie w Władzi imieniny,
Zbieramy się na szosie, razem odchodzimy
Od Kowala Janek, Stachu Hodernego,
Ja i Adam Mszyk, Ignac Witkowskiego,
Zbiórka całej piątki i do Jarocina.
Krótkie pożegnanie i do zobaczenia.

-15/63-

Od tego momentu, od tej właśnie chwili
Żołnierzem na długi okres mnie zrobili,
Przeszło dwie dziesiątki lat w wojsku służyłem
W ostatnim etapie kapelmistrzem byłem.
Jak do tego doszło i jak to się stało,
Wstydzę się opisać, a i czasu mało.

Ale ten życiorys miałby pewne luki,
Więc muszę opisać – spróbuję tej sztuki.
Rozpocznę w tej chwili z początku samego
Nie chciałbym nic zmylić i faktu żadnego
Nie chciałbym pominąć, to co najwaźniejsze

Całego przeżycia, a jego detali
(Ktoś może mi powie, że ”Jędrek się chwali” ?)
Więc pisać nie będę, z grubsza naszkicuję,
Co jeszcze pamiętam, to co serce czuje.
Z Jarocina wszystkich wiozą do Poznania.
Wyznaczyli ”Kernwerk” na miejsce zebrania,

Tam nas rejestrują i dają przydziały,
Formują jednostkę i batalion cały,
Na drugi dzień wieczór już jesteśmy w Gnieźnie
Z podziałem plutonów, sekcji tak pobieżnie;
Mamy swoje łóżka i swoje pokoje,
My chcemy od razu, karabin, naboje,

Ale pomaleńku – tego nam nie dają,
Jeszcze segregują, jeszcze przerzucają,
Ubierają w mundur, chociaż drelichowy,
Trochę połatany i nie bardzo nowy.
Ustawiają w szereg, uczą maszerować,
Odliczać i śpiewać i sprzęty szorować,

Uczą nas historii, zwrotów, wojskowości,
Trochę uganiają, to męczy, złości.
Po jakimś tygodniu, dali karabiny,
Wszystko uśmiechnięte, popatrzcie na miny,
Chociaż słabeuszom ciężko to przychodzi,
Pełni są energii, przecież wszyscy młodzi.

Ale po tych piętrach, to ciągłe ganianie
Daje się we znaki, bo ledwie śniadanie
Człowiek zdąży spożyć, już gwizdek na zbiórkę
Stawaj do szeregu, teraz formuj czwórkę,
Lewo zwrot na lewej trza wykonać pięcie,
Pada rozkaz ”biegiem”, trza biegać zawzięcie,

Zbiórka, baczność, spocznij, zwroty w lewo, w prawo,
Wyżej nóżki podnieść, wyżej, ty niemrawo,
Biegiem, padnij, powstań, kawaleria z lewa,
Wykonanie prawie z komendą się zlewa.
Pot spływa z oblicza, ciepło jest na plecach,
Flinta ciśnie ramię, a krzyż pali w plecach.

-16/63-

Bagnet o kolano bije z każdym krokiem,
A dowódca ostrym przeszywa cię wzrokiem
I krzyczy na ciebie, goni bez wytchnienia,
A przecież dopiero początek ćwiczenia.
Następuje musztra w kompanijnym szyku,
Uważaj rekrucie, uważaj chłopczyku,

Bo jak tu podpadniesz, to karne ćwiczenia
Zafasujesz z miejsca bez podpowiedzenia,
Więc trzeba było zagryźć aż do krwi zębami
Nie podpaść, wytrzymać, choć ciężko czasami,
Nawet bardzo ciężko i trudno to było,
ale też słabości wojsko nie uczyło.

Trza było hartować i ciało, i ducha,
Bo świat tylko silnych charakterów słucha.
Ile to ja razy po ćwiczeniach byłem
Z menażką po obiad, lub se piwo piłem,
A Janka Kowala po placu ganiają,
Tymi ćwiczeniami sprawność wyrabiają,

To też się nie dziwić, że pisząc do domu,
W listach narzekali, płacząc pokryjomu.
Ich matki w niedzielę z samej ciekawości
W Gnieźnie się stawiły z koszami żywności,
Przyjechały rano i przez dzionek cały
Nad niedolą synów wzajemnie biadały.

Więc też u nas w domu wszyscy się dziwili,
Że ja nic nie piszę w tak poważnej chwili,
Że nic nie narzekam, o żywność nie proszę,
Tę wojskową służbę bardzo łatwo znoszę.
Ja pisząc do domu, inny temat miałem,
A o wojskowści nigdy nie pisałem.

Więc matka ciekawa, raz też niezpodzianie
Przyjechała do mnie jak na zawołanie,
Ja byłem zdziwiony, wracając z ćwiczenia
Kowalkę, Hoderną z pierwszego wejrzenia
Z daleka poznałem, lecz trzeciej osobie
Się nie przyglądałem, bo myślałem sobie,

Że to jakaś obca, wtem na twarz spojrzałem
Patrzę, i nie wierzę, bo matkę poznałem.
Cieszyłem się z tego, matce dziękowałem,
Po co przyjechała ? przecież nie pisałem,
W domu zostawiła wszystkich bez opieki
I dzień se zmudziła, jadąc w świat daleki.

A przecież mi nie jest w wojsku żadna krzywda
To jest obowiązek, każdemu się przyda,
Takie to wymówki, pamiętam, robiłem
Matce za tę podróż, bo się wprost wstydziłem,
Że cały dom matka dla mnie zostawiła,
A młodsze rodzeństwo za to ukrzywdziła.

-17/63-

Sto marek za podróż wtenczas matce dałem
I więcej przyjeżdżać do się nie kazałem.
Dobrych instruktorów w swej kompanii miałem,
Im wszystko zawdzięczam, co tylko umiałem,
A już przede wszystkim to kapral Jankowski
Był inteligentny i taki ojcowski.

Lubiłem go bardzo, nawet go kochałem,
Z jego wiadomości dużo skorzystałem.
On nas uczył śpiewu i dzieł narodowych,
Bardzo lubił sprytnych, wesołych, morowych.
Traktował nas wszystkich jak swoich chłopaków,
Oby takich więcej było wśród rodaków.

Nasz batalion w Gnieźnie był kilka miesięcy,
Potem nas wywieźli na zachód gdzieś więcej.
Do Wolsztyna poszedł batalion Czwartaków,
Całe trzy kompanie morowych chłopaków.
W kompanii rekruckiej byłem aż do grudnia,
Jednego dnia do mnie przychodzi z południa

Franek Żurawskiego i tak mi powiada :
Powiem ci do ucha nowinę nie lada,
Byłem w kancelarii i pismo widziałem,
Kto ma trochę słuchu (ja dobry słuch miałem)
To może się zgłosić w orkiestrę na granie,
Dostanie instrument, nut i to dmuchanie

Tego go nauczą starzy orkiestranci
W przyszłości z nich będą nowi muzykanci.
Kazałem Frankowi podać swe nazwisko,
A Żurol mnie podał i to było wszystko.
Może po tygodniu w rozkazach czytają,
Do orkiestry uczniom nowy przydział dają.

Między nazwiskami czytają : Pełczyński,
Gdy to usłyszyłem, jakby kamień ciężki
Spadł z mojego serca i się ucieszyłem,
Ja też kandydatem na muzyka byłem.
Uczył nas kapelmistrz Słomowicz Franciszek
Był dosyć solidny, nie patrzał w kieliszek,

Organistą pono, grał na fortepianie,
Udzielał nam lekcji i nutów czytanie,
Podziału nas uczył, chwyty pokazywał,
Dość długo czekałem na przydział puzonu,
Wreszcze go dostałem, lecz nie było komu

Pokazać pozycji, jak w niego zadmuchać,
Tak byłem ciekawy coś o nim posłuchać,
Słomowicz się nie znał wcale na trombonie,
On nie miał pojęcia o żadnym puzonie,
Więc chcąc te tajniki o puzonie wiedzieć,
Samemu trza było na portkach przysiedzieć.

-18/63-

I tak na puzonie od samego rana
Dmuchałem jak głupi, muzyko kochana,
Kiedy ja cię pojmę, kiedy coś zagraję,
Przecież nie tak trudno, tak się wszystkim zdaje,
Lecz w rzeczywistości trzeba dużo pracy,
Choć są muzykalni na ogół Polacy,

Ale sama zdolność nic ci nie pomoże,
Trza wytrwale ćwiczyć w poddaszu, w komorze.
Zamknąć się samemu, kilka godzin dziennie
Wszystkie gamy przegrać rytmicznie, odmiennie,
Cwiczenia powtarzać i dmuchać bez końca,
Otworzą się oczy, ujrzysz trochę słońca,

Powoli, powoli muzyczne tajniki
Rozjaśnią się trochę i będą wyniki,
Nabędziesz rutyny, grać będziesz odważnie,
Na sprawy muzyczne popatrzysz poważnie.
Na trzeciego maja roku dwudziestego
Chce Wolsztyn posłuchać koncertu naszego,

Lecz graliśmy koncert aż w Tomyślu Nowym,
Każdy z tego dumnym, każdy honorowym,
Stał się orkiestrantem i od czasu tego
Każdy przypilnował instrumentu swego
I poziom orkiestry co dnia się podnosił,
Każdy do poziomu swój wkład pracy wnosił.

Na święto pułkowe (było w listopadzie)
To nasza orkiestra w całym swoim składzie
Na front pojechała do pułku swojego,
Żeby rozweselić żołnierza każdego,
Który tam pilnował naszych nowych granic,
Chociaż wartowanie nie zdało się na nic.

Tam to po raz pierwszy koło Wołkowysk
Piłsudskiegom widział i to bardzo z bliska.
Tam widział ludzi, wschodnie obyczaje,
A bieda tam była, aż się serce kraje.
Piec wielki gliniany pół izby zajmuje,
I pół swego życia chłop na nim przeżyje,

W dzień strawę gotują, jest izba ogrzana,
A w nocy śpią na nim do samego rana
I cała rodzina jak przez dzień pracuje,
Z szat się nie rozbiera, na piecu nocuje,
Kołyska z maleństwem wisi u sufitu
Izbę oświetlają od zmroku do świtu,

Smolnym i trzaskami zatkniętym w róg pieca
To jest chłopska lampa i zarazem świeca.
Prawie dwa miesiące w Zasuli ja byłem
I tam ja choroby tyfusu nabyłem.
W samą Wigilię roku dwudziestego
Wróciliśmy z pułkiem tu do Poznańskiego

-19/63-

Czwarty pułk w Poznaniu się zainstalował,
Waleczny, odważny, we wszystkim celował
Odznaczony krzyżem Virtutti za boje,
On choć głodny, bosy, ale trudy, znoje
Chętnie dla Ojczyzny, dla Polski kochanej
Znosił i dlatego przez Wodza wybrany,

Garnizon w Poznaniu otrzymał na stałe
By nowy narybek, wojaków na chwałę
Polski, ukochanej Ojczyzny nam uczył,
W razie gdyby granic naszych wróg naruszył.
Poznań nas serdecznie przyjął w swoje grono
Wyprawił przyjęcie, pito i tańczono,

Kolacyjkę smaczną spożyć nam kazali,
A do towarzystwa młodą pannę dali.
Lecz niestety u mnie nie było radości
Bo już byłem chory, bolały mnie kości
Z bólami czekałem, aż się skończy wszystko,
Żeby jak najprędzej położyć się w łóżko.

I od tego czasu przez cztery miesiące
Leżałem w szpitalu, dobrze grzało słońce
Bo już maj się zaczął, dopiero zwolnili
Na trzeciego Maja prawie, urlop miałem
Witaskiej orkiestry sobie posłuchałem,

Która poprzez wioskę na czele pochodu
Szła i marsza grała, doznałem zawodu,
Bo trochę pojęcia pod tym względem miałem.
Myśmy lepiej grali, więc skrytykowałem.
Ale to nawiasem, urlop szybko minął,
Trzeba było wracać, ażebym nie zginął.

Więc orkiestra po mnie w Biedrusku przysłała,
Podczas letnich ćwiczeń wojsku przygrywała.
Przez chorobę dużo w muzyce straciłem
Za to tam w Biedrusku trochę podgoniłem,
W lesie przez dzień cały na puzonie grałem
I stracone lekcje pilnie odrabiałem.

Wróciliśmy z ćwiczeń z początkiem jesieni,
Wszystko pomęczone, w pustki w kieszeni,
Za to dla zachęty kaprala nam dali,
Ale za to ćwiczyć więcej nam kazali.
Było to we wrześniu, zdaje się trzeciego,
Pułkownik mianował w dzień patrona swego,

Wszyscy kapralami w orkiestrze zostali,
Bądź co bądź żołnierze nam salutowali,
No jakby nie było zawsze podoficer,
Inaczej odnosił się do cię oficer.
Ale tak ogólnie nic się nie zminiło,
Nadal się na budzie dyżury pełniło.

-20/63-

Rekrutów nie było, więc sami kaprale
Czyścili pokoje, musieli myć sale.
Te właśnie dyżury nas bardzo gniewały,
Lecz mimo protestów wyników nie dały,
No więc ostatecznie żeśmy się zgodzili
Pokoje zamiatać, lecz my ich nie myli.

W sobotę jak zwykle czyszczenie rejonu,
A my na przychadzkę, wszyscy bez pardonu
Do miasta poszliśmy, szorować nikt nie chciał
I z tego powodu wielki zamęt powstał,
Ten właśnie incydent zaważył na szali.
Mnie sierżant posądził, żem burzył kaprali,

Więc z tego powodu z szefem się kłóciłem
I kilka słów prawdy jemu wygarnąłem,
Byłem podniecony, i pierwszy raz w życiu
Z Koniecznym na wódkę poszedłem w ukryciu,
By zalać robaka, nie mówiąc nikomu,
Bo mi trochę wstyd było na wódkę samemu.

Waśku ”Villa Florę” wybrał ostateczną,
A tam właśnie panny zabawę taneczną
W sam raz urządzały, jakby dla nas była.
Tu się moja karta życiowa odkryła,
Tu wódki nie piłem, lecz byłem pijany,
Od czego ? ja nie wiem, o losie kochany,

Bo muszę wam zdradzić, tu się zakochałem,
A poza Anulką świata nie widziałem.
Choć ich było wiele, kilkaset, tysiące,
Ja tylko widziałem jedną – moje słońce
I noc się skończyła, ja wódki nie piłem,
Lecz pijany szałem ją odprowadziłem.

Od tegu wieczoru, od tej właśnie chwili
Myśmy się na wieki w myślach połączyli,
I byłem szczęśliwy, Bogu dziękowałem,
Że moją Anulkę w ten sposób poznałem,
Więcej wam nie zdradzę, lecz jedynym celem
Chciałem jak najprędzej zająć się weselem,

Żeby naszą miłość Bóg pobłogosławił,
A mojej Anulce tym uciechę sprawił,
Więc się w wolnym czasie uczyłem wszystkiego
I zdałem egzamin na zawodowego.
Troszeczkę pieniędzy sobie odłożyłem
I nowe ubranie do ślubu kupiłem.

Anulce też dałem na sukienkę białą,
Obrączki kupiłem i kompletnie całą
Rodzinę sprosiłem, wszyscy się zjechali.
Koledzy na chórze podczas ślubu grali,
Wesele na ”sto dwa” mama wyprawiła
I cała famuła ładnie się bawiła.

-21/63-

Krajkowskie bamberki trochę się złościły
I mojej teściowej zięcia zazdrościły,
A moi rodzice bardzo radzi byli
I swoją synową wszędzie się szczycili.
Rozpoczął się okres dla mnie najważniejszy,
Byłem najbogatszy, to znów najbiedniejszy,

Bo zaledwie kilka dni po naszym ślubie
Trza było się żegnać – ja tego nie lubię,
Lecz mówi się trudno, bo byłem żołnierzem
I z wojskiem związany na sześć lat przymierzem,
Więc jechać trza było i rozkaz wykonać,
Chyba żeś umierał i dziś musiał skonać.

Orkiestra wyjeżdza z pułkiem do Nadwórny
Het za Stanisławów w ten teren podgórny,
Pułk na asystencję wyjechał półroczną,
Oj smutna melodia, kto chce śpiewać skoczną ?
Więc serce tęskniło za nią do Krajkowa
Codziennie się rwało, jak żyje – czy zdrowa ?

Czy czasem nie krzywdzą dziewczęcia mi w domu,
Łez gorzkich nie roni za mną po kryjomu ?
Codziennie z tęsknotą listu oczekuję,
Godzinami w obraz Babki się wpatruję.
I chcę wysondować, czy mnie także kocha,
I z tęsknoty za mną wieczorami szlocha,

Tak tak ja codziennie za nią się modliłem.
Byłem prawie pewny, że się nie myliłem.
W końcu listopada wiadomość dostałem
Zaszczytną, radosną, że ojcem zostałem.
Anulka mi syna pierwszego zrodziła,
Na chrzciny czym prędzej przyjechać prosiła.

Staram się o urlop. Urlop trudno dostać,
Latałem, prosiłem, jak się stąd wydostać ?
Nareszcie dostałem i siódmego grudnia
Do Poznania wpadłem z samego południa.
Na chrzestnych Antosia i Jadzię prosili
I chrzestni się obaj w Mosinie stawili,

Pociąg już na stacji ja jestem w kłopocie,
Bo wielki śnieg leży, wtem patrzę – przy płocie
Stoi moja Bąbka na buzi rumiana,
W czapeczce wełnianej, szalem opasana,
Spod czapki włos kruczy okolił jej czoło,
Oczy roześmiane, spogląda wokoło,

Uważa na chrzestnych czy też przyjechali ?
A ja już z wagonu widzę ją z oddali.
Przyszła aż z Krajkowa osiem kilometrów,
Żeby już na stacji przywitać kumotrów,
Że będzie na stacji ani mi się śniło,
Więc gdy ją ujrzałem, serce mi zabiło,

-22/63-

A ona zdębiała jak mnie zobaczyła,
Chyba ten mój przyjazd w nocy wymodliła.
No więc w czwórkę, w śniegu do domu brnęliśmy
I nawet zmęczenia nie bardzo czuliśmy.
Na drugi dzień rano, w sam dzień Matki Boskiej
Poszedłem da Żabna, do Kościelnej wioski

Zgłosić do proboszcza chrzest naszego syna.
Ksiądz Siuda go ochrzcił, więc wesoła mina,
Bo Mieciu jedynak chował się nam zdrowo,
Więc było na chrzcinach wesoło, morowo,
Lecz niestety urlop bardzo szybko minął,
Trzeba było wracać z niewesołą miną.

Hania do Mosiny mnie odprowadziła
I ze łzami w oczach do domu wróciła.
Ach to pożegnanie, sam sobie nie wierzę,
Z bólem pojechałem na wschodnie rubieże
I przez trzy miesiąc znów do nich tęskniłem,
Tym gorzej i smutniej, bo o dwóch wciąż śniłem.

Rozłąka tym bardziej dała się we znaki.
Co robią w Krajkowie moje biedne ptaki ?
Anulka najdroższa i Mieciu kochany.
Czy im tam nie krzywda w Krajkowie u mamy ?
I tak męczyliśmy się znowu powtórnie
Anulka w Krajkowie, ja znowu w Nadwórnie.

Dopiero na marca trochę się ulżyło,
Bo wojsko z Nadwórna nazad powróciło,
Więc z Poznania łatwiej do Krajkowa skoczyć
I moje maleństwa opieką otoczyć,
Prawie, że codziennie do domu jechałem,
Osiem kilometrów po nogach deptałem.

Zmęczenia nie czułem, choć się tak latało
I siły i zdrowie mi dopisywało
I tak przeszło roczek do domu jeździłem
Tam i do Mosiny drogę przemierzyłem.
W dwudziestym i czwartym od pierwszego maja
Skończyła się z miejsca latanina moja.

Dostałem w koszarach na moje staranie
Maleńki pokoik na własne mieszkanie,
Jak się ucieszyła Anulka z tej wieści,
”Choć w małym pokoju to miłość się zmieści”,
Mówiła i z tego bardzo się cieszyła,
Że już na swym własnym chlebie rozpoczęła.

Wziąłem parę koni – i wio do Krajkowa.
Pojechałem zabrać, co dała teściowa.
Choć bardzo niewiele, wannę i pierzynę
I moje najdroższe : Miecia i dziewczynę
Zabrałem z Krajkowa, w Mosinie w postoju
Kuchnie dołączyłem do mego konwoju,

-23/63-

Dwa łóżka i szafę, stół i krzesła cztery,
W Poznaniu kupiłem, jeśli ktoś jest szczery,
To powie, że starczy na pierwszy początek
Po co wam od razu tak wielki majątek.
My też tak myśleli, choćby z konieczności,
Bo ”forsów” nie było, a we wojskowości,

Za darmo pieniędzy przecież nie dawali
I niegospodarni często biedowali,
Więc na pierwszą biedę pokój urządzili,
Gości na niedzielę do sobie sprosili,
Przyszła Pela z Antkiem z dziećmi nas odwiedzić,
By trochę poradzić, wypić i posiedzieć,

I choć bardzo skromne to przyjęcie było,
Lecz na własnych śmieciach, serce się cieszyło,
Pięć miesięcy później bociany latali,
Więc żeśmy Danusię se obstalowali.
Bozia nam córunię jak aniołka dała,
Była ciocia Jadzia i ją odebrała.

Była bardzo grzeczna, w nocy nie krzyczała,
Tylko że odrazu zupy jeść nie chciała.
Teściową i dziadka na chrzestnych sprosili
I w gronie rodzinnym ładnie zabawili.
Dzieciszki nam rosły, kłopotu nie było,
Myśmy byli zdrowi, jakoś się szczęściło.

Więc żyliśmy sobie z dnia na dzień we czwórkę
Mama pieści syna, ja bawiłem córkę.
Rok dwudziesty piąty swoje panowanie
Rozpoczął burzliwe, co też się w nim stanie ?
I pierwsze tygodnie spokojnie mijały
I nic ciekawego w podarku nie miały.

Dopiero coś w lutym nowe zarządzenia
Przyszły dla orkiestry i ograniczenia
Dla podoficerów zawodowych były
Te nowe przepisy nas nie ucieszyły.
Dekret ograniczał etatów dwanaście,
A nas zawodowych było dziewiętnaście.

Wiąc siedniu wyrzucić trzeba do kompanii
I nie koniec jeszcze tej całej litanii,
Same niespodzianki, same przykre rzeczy.
Człowiek przed nieszczęściem się nie zabezpieczy,
I mnie nie oszczędził los, dla doświedczenia
Rozpocznę dopiero wojskowe ćwiczenia.

Inni już od razu na kursy odeszli,
A mnie trochę później do linii przenieśli.
Rozkaz mnie przeznaczył do ósmej kompanii.
Gdy to powiedziałem mej żonie i pani,
Spokojnie to wszystko sobie rozważyła
I powiada do mnie ”póki będę żyła

-24/63-

Wszystkie przeciwności wspólnie pokonamy
Nie martw się kochany, radę sobie damy”.
I chociaż dni pierwsze ciężkie były w linii,
Jednak pod wrażeniem słów pełnych nadziei,
Dałem sobie radę, się nie załamałem,
Próbne uderzenia jakoś wytrzymałem.

Od pierwszego Września, poszedłem do Śremu
Nie bardzo wesoło, spyta się ktoś czemu ?
Ano Śrem był znany w całej Polsce z tego
Dyscyplina, wojsko, to przecież nic złego !
Od rana do zmroku, na polu i w lesie
Tak, lecz ta gonitwa, kto to wszystko zniesie,

To pewnie przesada sobie pomyślałem,
Po prawdzie innego już wyjścia nie miałem.
Z orkiestry przenieśli, gdzieś trzeba pracować
A żona i dzieci, czyż mają głodować ?
Więc w kompanii muszę stać się użytecznym,
By na chleb zarobić w stopniu dostatecznym.

To też chcąc czy nie chcąc muszę iść na szkołę,
Choć z góry widziałem życie niewesołe,
Ale trudna rada, znalazłem się w Śremie,
Przecież dasz se radę, czyś to bity w ciemię ?
Inni wytrzymują to i ty wytrzymasz,
Pamiętaj że żonę i dwoje dzieci masz.

Dowódca kompanii Kabsch gdy się dowiedział,
Że byłem w orkiestrze, tak do mnie powiedział :
”Ja was nazad wyślę do pułku swojego,
ja dobrze poznałem muzyka każdego,
Był u mnie Mendyka, Hoffmann i Mielcarek
Był Weigelt, Posłuszny – chodził jak zegarek,

Był Rożański mały – to same leniuchy
Oni żeby mieli wódki pełne brzuchy,
O to się starali, trochę grać umieli,
Ale wojskowości uczyć się nie chcieli,
Więc mówcie co z wami, wy jesteście młodzi
Taka szkoła w życiu nigdy nie zaszkodzi”.

Więc do kapitana mówię prosto z mostu,
Ja kurs chcę ukończyć dla siebie po prostu.
”Dobrze” rzekł dowódca, ”możecie pozostać,
Tylko się starajcie instruktorem zostać”.
Więc na pięć miesięcy trzeba wszystko rzucić
I nowego fachu trochę się poduczyć.

Gdybym szczegółowo ten kurs chcał opisać,
Wam by się sprzykrzyło te detale czytać
Więc tylko ogólnie powiem wam w pośpiechu,
Że mimo gonitwy, było dużo śmiechu.
Ja z wynikiem dobrym kurs ten ukończyłem,
Po sprawiedliwości to dwudziesty byłem,

-25/63-

Lecz nie chciałem zostać w szkole instruktorem,
Więc mnie ukrzywdzili i pod tym rygorem,
Na czterdzieste trzecie miejsce przesunęli
Ja o to nie dbałem, byle mnie zwolnili.
Sto dwudziestu ośmiu na kursie nas było,
To czterdzieste trzecie miejsce mi starczyło.

Wracam więc po kursie do dzieci, do Ani,
Lecz nazajutrz trzeba zgłosić się w kompanii,
Ale już pół biedy, już inne poczucie,
Już cię nie ganiają, całkiem inne życie.
Na przydział rekrutów do marca czekamy
I służby wprost nie ma, a się obijamy,

Z chwilą gdy rekrutów myśmy otrzymali,
To na brak roboty my nie narzekali.
Ja czwartą drużynę w opiekę dostałem
I tak szczerze mówiąc to trochę się bałem,
Bo pierwsze drużyny w rękach doświadczonych
I starszych kolegów, a ja upieczony

Świeżo po tym kursie, nie miałem praktyki,
Więc w czasie nauki, musztry, gimnastyki
Myślałem, że rady nie dam, się załamię,
Ale po tygodniu, (wierzcie ja nie kłamię)
To moje wyniki lepsze są od drugich,
Dowódca wskazówek nie daje mi długich,

Nadsłuchuje z dala gdy ludziom objaśniam,
Tajniki wojskowe rekrutom wyjaśniam,
Nie gonię drużyny, tylko pilnie uczę,
Ćwiczeniami nigdy zbytnio nie dokuczę,
Więc ludzie to widzą, trafnie oceniają
I jak tylko mogą wszyscy się starają.

Po miesiącu przegląd jest batalionowy,
I na tym przeglądzie dla mnie sukces nowy,
Bo z całej kompanii, dowódca batalionu
Czterech z mej drużyny najlepszych z plutonu
Wybrał przed kompanią, na wzór ich postawił,
Nie wiedząc że młody instruktor to sprawił.

Przed wszystkimi kazał czwórce maszerować,
Na ich drużynowym mają się wzorować,
Po powrocie z ćwiczeń nasz batalionowy
Kazał zrobić dla mnie wniosek awansowy
I już po tygodniu plutonowym byłem,
Naturalnie z tego bardzo się cieszyłem.

Po pierwsze, że pensja trochę lepsza była,
Po wtóre Anulka z tego się cieszyła,
Po trzecie, że w pułku to wypadek pierwszy,
Że kapral z orkiestry, instruktor najlepszy,
W kompanii był wzorem, dla starych szermierzy,
A inni z orkiestry nauczyć żołnierzy

-26/63-

Żadnego ćwiczenia nic nie nauczyli,
Najwyżej ich trochę po polu gonili.
Z mojego awansu to nawet Słomowicz
Był dumny (w dyskrecji zdradził mi Cichowicz)
Powiedział do drugich ”to mój wychowanek”,
Chwalił się Pełczyńskim Słomowicza Franek.

Lecz niedługo w ósmej kompanii siedziałem.
Szykował się zamach o czym nie wiedziałem,
Bo Szubert się zwolnił, poszedł do Wolsztyna
I przez to w orkiestrze barytonu nie ma,
Więc Słomowicz do mnie z powrotem się zwraca.
Mam przyjść do orkiestry, przecież lepsza praca,

Na barytonistę etat znowu wolny
Po co mam się truć po kompanii szkolnej,
Pamiętam przed świętem w dniu drugiego maja
Wróciliśmy z ćwiczeń, a tu cała zgraja
Na mnie oczekuje, chcą mi powinszować,
Że już rozkaz wyszedł, by z nimi pracować,

Do orkiestry nazad czym prędzej powrócić
I na barytonie swoje pieśni nucić,
Lecz ja tak od razu nie mogę odchodzić,
Na odejście może dowódca się zgodzić,
Więc cierpliwie czekać do rozkazów trzeba,
Czy pułkownik zgodził się na zmianę chleba ?

Odejście z kompanii moje oczywiste,
Wydanie rozkazów dzisiaj uroczyste,
Obecny kapitan i oficerowie,
A z boku czekają już fotografowie,
Więc po wyczytaniu przeniesienia mego
Dowódca się zwrócił już do mnie samego

I mi podziękował za ofiarną pracę,
Mówił : ”instruktora najlepszego tracę”
I mi na pamiątkę kazał zrobić zdjęcie
Za ofiarną pracę, za moje zajęcie,
Mnie drużyna czwarta bardzo żałowała,
Żem odchodzić musiał, prawie że płakała

Jeden z nich powiedział mi na pożegnanie
Wolę co dzień bicie, niż ze mną rozstanie.
Ja jednak wolałem być znowu w orkiestrze.
Nie potrzebowałem ubrania w tornistrze
Po ośmiu miesięcach znów w orkiestrze byłem
I na barytonie nadal sobie trąbiłem.

I kilka dni potem, maja dwunastego
Coś się u nas dzieje, coś niewesołego
Wypadki majowe, rozruchy w Warszawie
I nasz pułk wyjeżdża tam także w tej sprawie,
Po mnie mą drużynę wziął kapral Antkowiak,
Morowy ten chłopak z Kórnika był rodak

-27/63-

Tu mnie zastępował – czy tam też zastąpił ?
Nie wiem ? padł w Warszawie swojej krwi nie skąpił.
Ja przed kilku dniami z kompanii wyszedłem
I tak mi się zdaje, że śmierci uszedłem.
Ten fakt oczywiście głęboko przeżyłem,
Poważnie nad życiem się zastanowiłem,

Znajomi, co także ten wypadek znali,
Tak samo jak ja fakt komentowali.
A życie szło nadal, dalej swoim torem.
Musiałem się zająć się nad swoim tenorem,
By stracone lekcje, odrobić, wyrównać,
Żeby można było kolegom dorównać.

Choć na barytonie solistą nie byłem,
Ale swoją partię zawsze odrobiłem.
W orkiestrze był także od półtora roku
Stefek jako uczeń, miałem go na oku.
Przepraszam go bardzo, przedtem nie wspomniałem,
Bo w tym ambarasie całkiem zapomniałem.

Na flecie się uczył w czasach Słomowicza,
Później na oboju grał za Chmielewicza.
Trochę ambarasu też z nim czasem było,
Chociaż chłopaczysko nie źle się uczyło,
Ale był uparty i z tego powodu
Miałem często, gęsto, trochę z nim zawodu,

Ale mimo wszystko stał się oboistą,
A w szyku marszowym dobrym czynelistą,
Więc w czasie urlopu gdy orkiestra miała,
Do Witaszyc cała paczka się zjechała.
My obaj z Poznania a Janek ze Śląska,
A z każdym jechała wałówa nie wąska.

W domu Franek z Kaziem, Ludwik i dziewuchy,
Więc jedzenia sporo, żeby zapchać brzuchy.
Trzeba było gotować, a jeszcze bratowe
Tenia i Anula chciały mieć gotowe
Dla siebie i dzieci jak na zamówienie,
Przez cały dzień smaczne chciały mieć jedzenie,

To możecie sobie sami wyobrazić,
Jak trzeba za wszystkim latać, chodzić, łazić,
O wszystko się starać by wszyscy do syta
Najedli się razem, oj droga wizyta,
Lecz za to wesoło od rana do zmroku
Śmiechu, naciągania, to na kaźdym kroku.

Pełna chata była, radości, wesela,
Wieczorem zagrała rodzinna kapela,
Było trochę wódki, to się ją wypiło,
Zagrały skrzypeczki, to się potańczyło.
Jak dziadek był wolny, tośmy pampra grali,
Jak wszyscy się zeszli, dzieje omiawiali

-28/63-

Kaziu prawie wtenczas służył u Stenora
Co on z nim wyrabiał ? to istna opera
Jak musiał wieźć księdza rano do Twardowa,
To wam mówię, biedna była księża głowa,
Bo batem zawinął niby to na konie,
A zawsze zahaczył o księdzowe skronie,

Jak na papierosy ksiądz nie dał w Twardowie,
Za powrotną drogą ksiądz się znalazł w rowie
Albo tak poganiał, tak księdzowi ględził,
Niby opowiadał, a z tyłu mu wędził
I tak wiecznie byli na wojennej stopie,
Ksiądz chciał do stajni, to koń księdza kopie,

Bo konia po brzuchu szpilerkiem przejechał,
Koń od bolu kopał, jedzenia poniechał,
Więc wam mówię : cuda z księdzem wyrabiali,
Wieczorem mu wszystko wino oberwali,
W końcu się Kaziowi to wszystko sprzykrzyło,
A że też jedzenie bardzo kiepskie było,

Bo ksiądz jadł pieczyste, popił wina szklankę,
A Kaziowi dali pyry i maślankę,
Więc mu wypowiedział, o wypłatę prosił,
A ksiądz wypowiedzi nie przyjął, nie znosił.
Nadal będziesz służył, do tego cię zmuszę
I ci nie wypłacę, choćbym stracił duszę.

Więc Kaziu półszorki schował po kryjomu
I księdza zostawił, przyszedł se do domu.
Ksiądz ”świętą Jadwigę” przysyłał po szory
Rano i południe, tak przez trzy wieczory.
Kaziu nie powiedział, gdzie półszorki schował.
Jak ksiądz nie wypłaci, to będzie żałował.

Nareszcie się księdzu to wszystko sprzykrzyło,
Wypłacił mu wszystko i tak się skończyło.
Ksiądz półszorki dostał zachowane w kopcu
Napewno się gniewał, dał się nabrać chłopcu.
Przez okres urlopu urozmaicenie
Jak na zawołanie, jak na zamówienie,

Jak wszyscy wieczorem z pracy powrócili,
To na drugą dobę program ustalili.
Na przykład : że jutro na grzyby idziemy
Rano bardzo wcześnie gdy się pobudzimy,
Bierzemy koszyki i hajda do lasu,
Bo szkoda powietrza i drogiego czasu.

Idzie nas siedmioro, las jest niedaleko,
Więc za pół godziny już w lesie głęboko
Tenia i Anula z Władzią za grzybami,
A znowu nas czterech to za zającami.
Już na skraju pałki porobili,
Polanę we czwórkę żeśmy obstąpili

-29/63-

Ja środek polany i sam aportuję,
Wszystkim daję znaki, bo z daleka czuję,
Widzę że pod dębem śpi jak byk klapiaty
Pomału się zbliżam, a oni na czaty
Na mnie uważają, mimiką wskazuję,
Że tam pod tym drzewem bydlę się znajduje.

Powoli podchodzę, już go mam uderzyć,
On się ze snu zrywa i dalej w las mierzyć,
Ale w tym momencie pałką go złoiłem
I tylne łopaki dobrze przetrąciłem,
Lecz zajączek nie chce od razu umierać
I nogi na ramię chce do lasu zdzierać,

Akurat natrafił na dobrego strzelca,
Kaźmierza se wybrał (sprzed laty topielca)
No i oczywiście Kaziu mu poprawił
I biedny zajączek swe życie zostawił.
W piętnaście minut żeśmy kota mieli,
Lecz z jednem do domu żeśmy iść nie chcieli

Wzagajniku żeśmy schowali do dziury,
Dobrze spamiętali, żeby wiedzieć, w której
I poszliśmy dalej, na grzyby, zające,
Dzień był bardzo piękny, ślicznie grzało słońce.
Grzybów pełne kosze kobiety już miały,
Na powrót do domu sygnału czekały.

Już chcieliśmy wracać, bo coś żeśmy mieli
Lecz w tej chwili żeśmy jeżyny ujrzeli,
I tak od niechcenia krzaki obstawili
Żebyśmy tak jeszcze jednego złowili,
Pomyślałem sobie, wtem widzę szaraka,
On nas zauważył i chce dać drapaka,

Uwaga, bo leci, buch ! już go trafiłem,
Ale całkiem jeszcze nieuszkodliwiłem,
Zajęc pędzi dalej i wpadł na Stefana,
A Stefan ze złości od samego rana
Kopnął między uszy, biedak zapisuje,
I na spód pod grzyby do kosza wędruje.

W tył zwrot po pierwszego, i hajda do domu.
Komu to przypisać te zdobycze, ? komu ?
Które uderzenia były tu ważniejsze,
Czy to pierwsze (moje) czy ich, te późniejsze ?
I zanim do domu z lasu powrócili,
Kto obydwa zabił, żeśma się kłócili,

Bo niby to każdy ręki swej dołożył,
Tu się rozchodziło kto ich trupem złożył,
Bo i ostatecznie żeśmy się zgodzili,
Że trójka bez Janka zające złowili,
Więc najgorzej wyszedł pod tym względem Janek
On dziś nie miał szczęścia, to nie jego ranek.

-30/63-

Zające już z dala przed nim uciekały,
Krzywdy im nie zrobił, a jednak się bały.
Więc wszystkie szyderstwa szły w jego kierunku,
Że się nie ogolił, lubił dużo trunku,
I tak całą drogę żeśmy żartowali,
A konto zajęcy spokoju nie dali.

A pod wieczór Janek był w dobrym humorze
I chciał się na chwilę przespać choć w komorze,
Trudno się sprzeciwiać, poszedł do komory,
Usnął – ale stękał, dusiły go zmory,
Po niedługim czasie wyszedł przemęczony
I niby to do nas, niby to do żony

Mówił, że miał bardzo sen oryginalny
I choć dzień dzisiejszy nie był nadzwyczajny,
Mówił, że się zbudził (może będą śmiechy),
Ale go zbudziły Kaźmierzowe miechy,
Które po dziesięciu latach się przyśniły,

Trochę był wstawiony, więc tak wyglądało,
Że przez sen to mówi i bractwo się śmiało.
Kaziu oponował, lecz wywody Janka
Zostały poparte przeze mnie i Franka,
Że od tego czasu coś w komorze kusi
I ten zapach z miechów jeszcze do dziś dusi.

-31/63-

Jak z tego widzimy, Kaziu padł ofiarą
I nie mógł nic urobić sam jeden z tą wiarą.
Za to mu przez wieczór w kartach się szczęściło.
Ja dobrze pamiętam, jak to wtenczas było.
Po dobrej kolacji zasiedliśmy w karty,
A przy kartach kpiny, jeszcze większe żarty.

Ojciec tak jak zwykle na krzyż zasiadł z Jankiem,
A ja tradycyjnie grałem znowu z Frankiem.
Z początku im jakoś trochę się szczęściło.
Dobre karty mieli, więc nas nie cieszyło.
Franek same błotki, a króla najwyżej
A ja bubka krzyżke, no więc jeszcze gorzej

I kilka im razy wygrać się udało
Więc Franek rżnął karty, to go to rozgniewało
Usiadł w jego miejsce Kaziu i grał ze mną.
Zobaczym, teraz karty się odmienią
I nie trwało długo ”suchą” - śmy im dali,
Oni się złościli, a myśmy się śmiali

Kaziu dawał karty i z góry wydzielił
Ale ich fajnymi kartami obdzielił,
Ojciec z Jankiem dostał prawie błotki same,
Więc byłem ciekawy, co też ja dostanę.
Patrze w karty moje i się uśmiechnąłem,
Pełno trąfów jeszcze tuza podkupiłem:

Chłops, tuza, krzyżkę, dwie ślebioki z królem
Patrzę na Kaźmirza z uśmiechem nie z bólem.
Twarz swoją wykrzywia, wiem co to ma znaczyć,
Że drugiego chłopa ma, chce tym zaznaczyć,
Więc mówię do Kazia uważaj, bo sucha
Dostaną na pewno, jeśli mnie posłuchasz.

Janek wyszedł ”obcą”, ja włożyłem ”oko”,
Ojciec trochę przelótł, ale nie wysoko,
Bo miał jeszcze ”tuza” i bał się o niego.
Kaziu bitkę zabrał i ”chłopa” swojego
Pociągnął i tuza Ojciec włożyć musiał,
”Gimerajn” więc trąfem Kaziu nadal ruszał.

Ja zabrałem królem, bo z góry wiedziałem,
Że nikt nie przebije, a potem zgrałem
Raz ”chłopa” raz ”tuza” i trąfy Jankowi
Ściągnąłem mu króla, a krzyżkę Kaziowi,
Do końca dwa trąfki moje małe stali
I w ten sposób ”suchą” oboje dostali

-32/63-

I od tego czasu jakoś im się ”szusło”,
Chociaż chcieli wygrać, ale już im nie szło.
Tomaszczok z Pawlickim na wóz by nie wzięli,
Tyle żeśmy zawsze z Kaźmierzem ubili,
A jeszcze ich wszyscy z tego nabierali
Takie stare gracze a tak kiepsko grali.

Mimo tej porażki nie chcieli się przyznać,
Że już z nami ”pampra” nie umieją wygrać.
Matka z dziewuchami się przysłuchiwały,
Że im karta nie szła więc się z tego śmiały,
Więc z tej ”melancholii” dał na liter Janek,
A ja chciałem piwa Ludwiś pełen dzbanek

Piwa przyniósł z Władzią, żeśmy se wypili
I w rodzinnym gronie ładnie zabawili.
I tak urlop cały prawie szedł bez zmiany.
Nam wesoło było u Taty i Mamy,
A we Witaszycach wszyscy się dziwili,
Że nas w żadnej knajpie spitych nie widzieli.

A nam w swoim gronie na rodzinnych śmieciach
Czas wesoło płynął przy ojcach, przy dzieciach,
Lecz wszystko swój koniec ma tu na tym świecie,
Urlop się też skończył, czy wy o tym wiecie,
Że trzeba się żegnać i wracać do pracy.
Są sentymentali na ogół Polacy,


Więc te pożegnania dosyć ciężkie były
I przy tych ciennościach oczy się zwilżyły.
Bo chociaż my wszyscy byli żołnierzami
Lecz byliśmy także i muzykantami,
A każdy muzykant i śpiewak, mój panie,
Ma pod swoim sercem ciężkie pożegnanie,

Więc Ojciec, co wszystkich śpiewać nas nauczył,
Pierwszy łzy ucierał, do płaczu nas zmusił,
Lecz zawsze z nadzieją żeśmy odjeżdżali,
Że wrócimy za rok i zdrowi i cali
I znów na zające i grzyby pójdziemy,
W ”pampra” zagrajemy i se wypijemy,

Więc serdeczne były chwile pożegnania
Jankowie do Hajduk, a my do Poznania.
I kilka lat z rzędu tak się powtsarzało,
Na doroczny urlop bractwo się zjeżdżazło,
A czas tak uciekał młodsi dorastali
I jeden za drugiem z domu uciekali.

-33/63-

Franek się zapoznał z Jadzią u Cymera
I się ożeniła ta nasza ”Przepiórka”,
Więc na każdy urlop więcej się zjeżdżało.
Dziadkom coraz więcej wnuków przybywało
A dziadek się cieszył, kochał swoich wnuczków,
Chciał wszystkich nauczyć swych z młodości sztuczków,

Żeby wszystkie wnuki za nim ”plejzer” miały
I jak on ze sosny na sosnę skakały.
Zawsze obiecywał, że im wózek kupi,
Do wózka osiołka, on nie będzie głupi,
Jak zwykłe osiołki z długimi uszami,
On będzie rozmawiał jak człowiek z ”ludziami”
I różne historie, bajki i bajeczki,

Więc wnuki go przez to lubiły, kochały,
Jak ich wziął na ręce, za wąsy targały,
A będąc w Poznaniu za Dziadkiem tęskniły
I często o Babci i Dziadku sen śniły.
I tak dni mijały, tygodnie, miesiące,
W nocy świecił księżyc a we dnie znów słońce.

My się starzejemy, dzieci w górę rosną
I zimą, i latem jesienią, i wiosną.
Dwudziesty i siódmy już się roczek zaczął
I nową sensacją u nas się zaznaczył.
Orkiestra żegnała Franka Słomowicza,
A za kapelmisztrza – Maksa Chmielewicza

Dostała i z tego bardzo się cieszyła,
Że się Słomowicza nareszcze pozbyła.
Więc przyszedł Chmielewicz, był już kapitanem
A więc wielka zmiana już nie był tym samym,
Co Franek Słomowitcz, to zupełnie inny
I muzyk, kapelmistrz i trud nasz codzienny

Umiał uszanować – chociaż wiele żądał,
Lecz każdy się starał i dobrze mu zagrał
I trzeba wam wiedzieć, nie mówię to ze złości,
Że miał w jednym palcu więcej wiadomości
Jak poprzednik w głowie i całym korpusie
I już za pół roku w jesiennym konkursie

Orkiestrę wyciągnął z miejsca ostatniego
I mistrzem została orkiestra za niego.
Upłynęło dużo wody i lat wiele,
A nasza orkiestra w korpusie na czele

-34/63-

Nawet społeczeństwo tylko o tym gada,
Wiąc każdy był dumny i zaszczyt nie lada

W Pięćdziesiątym Ósmym najlepsza kapela
Do tańca i koncert i wszystkie wesela,
A gdy do pochodu marsza nam zagrają,
To nogi z radości do góry skakają.
Od razu Chmielewicz opinię poprawił
I całą orkiestrę na nogi postawił.

Nadszedł rok Dwudziesty Ósmy marzec trzeci
W tym dniu Ania zległa – mamy troje dzieci,
A że Słowackiego w tym czasie czytałem,
Więc Julek na imię chłopakowi dałem,
Pamiętam, że chrzciny były pierwszej klasy.
Było pełno gości, a skrzypce i basy

Grały i orkiestra dęta też w komplecie.
Mendyka se podpił/wy o tym nie wiecie,
Poszedł i orkiestrę z dołu przyprowadził.
Sam z butelką w ręcena czele prowadził
Z marszem maszerował przez całe mieszkanie.
A temu małemu to się nic nie stanie ?

Najwyżej słuch dobry będzie miał do grania
I te krzywe nogi do maszerowania.
Ale co tam z dziecka będziem żartowali,
Kiedy krzywe nogi wnet się ”sprostowali”.
Chłopak jak sierp prosty a krzywy jak Świeca,
Do dziś swoim braciom figurą przyświeca,

A słuch owszem dobry słyszy ”na” jak dajesz
A ”oddaj” jak mówisz, nie słyszy, lecz graje
Dalej ci na nerwach i spokój masz święty
Ma zrobić, ma pomóc stale jest zajęty,
Ale o nim później więcej napiszemy,
Teraz za porządkiem dalej pojedziemy.

Na trzeciego maja sierżantem zostałem,
Wprawdzie tytularnym, korzyści nie miałem,
Tylko ten sam tytuł trochę imponował.
Poza tym nic więcej nawet cię kosztował
I pozatem prawie że nic szczególnego
W domu się nie stało. Z życia wojskowego

Można zanotować na manewrach w Śremie,
Jak to mówił, diabeł nie śpi, ale drzemie.
Tam z Tomkiem Mendyką u Żurka Tomasza
Na jednej kwaterze była dwójka nasza,
Tam nas Tomek Żurek nauczył grać w skata,
A gości z Poznania była pełna chata

-35/63-

Brak strony 36

-36/63-

Brak strony 37

-37/63-

I chociaż mnie wszyscy koledzy prosili,
By puścić to płazem – zapomnieć tej chwili,
Ja jednak nie mogłem tego podarować
I postanowiłem więcej nie pracować
W muzyce. Wziąć rozbrat, pożegnać kolegów,
Iść do innej pracy, do innych szeregów.
Chmielewicz wieczorem o tym się dowiedział
I szybko na rano próbę zapowiedział,
O godzinie ósmej przyszedł punktualnie
I do mnie od razu zwrócił się nachalnie,
Że mam wziąć instrument i na miejsce siadać,
Po skończonej próbie on chce ze mną gadać.
Usiadłem na miejsce, ale nie trąbiłem.
Żem nerwowo chory, jemu oświadczyłem.
Przegrał jakiś utwór i uczniów wygonił,
Ja patrzę na niego, on swym wzrokiem stronił,
Nie mógł mi spokojnie spojrzeć w moje oczy.
Nie mógł ustać w miejscu, wciąż po sali kroczy.
Do mnie się odezwał w te słowa mniej więcej :
Czy wiem, co zrobiłem, czy to mnie nie męczy,
Czy się chcę poprawić za to go przeprosić.
I że konsekwencje mam za to ponosić
Powiedziałem krótko : że mnie ukarać
I o przeniesienie ma mi się postarać,
Bo ja nadal nie chcę w orkiestrze pracować,
Moimi nerwami i zdrowiem szafować.
Jeszcze w inny sposób na chleb zapracuję,
Lecz szewcem nie jestem – muzykiem się czuję.
Zaparł się, że wczoraj ”szewc” powiedział do mnie.
Czy mam na to świadków, czy mówię przytomnie ?
Czy wiem, co mnie czeka za taką obrazę ?
To przecież kryminał, nic wam nie poradzę,
Więc podałem świadków, lecz wszyscy stchórzyli.
Żaden nic nie słyszał, zgodnie oświadczyli
Zaparł się Cichowicz, Głowicki, Błachowiak,
Ogrodowczyk, Fechner, Stańko, Augustyniak,
Więc ta cała sprawa taki obrót wzięła
I się na niekorzyść moją obróciła,
Więc do kapitana mówię prosto z mostu,
Że wszyscy koledzy stchórzyli po prostu
Proszę mnie ukarać i zwolnić w tej chwili,
Żebyśmy się nadal obaj nie męczyli.
Nie mogę pracować dłużej w tej orkiestrze,
Nie wytrzyma zdrowie, nie służy powietrze.

-38/63-

Kapitan podchodzi, wyciąga prawicę
Proszę mi przybaczyć Pełczyński wy wiecie
Kapelmistrz nerwowy i muzyk nerwowy.
Ja was bardzo cenię, jesteście morowy.
Tak się cała sprawa dla mnie zakończyła,
A cała orkiestra w jakim świetle była ?
I przed kapitanem moje stanowisko
Od tej właśnie chwili troszeczkę urosło.
Anulka tym czasie także pracowała
U Świdra bufetem miesiąc zarządzała,
A dzieci u Babci na wsi sobie żyły
Weseli i zdrowi współnie się bawiły.
W październiku żeśmy swój urlop dostali
I znów do Witaszyc razem się zjechali
Po urlopie zdrowy do służby wróciłem.
Do konserwatorium zaraz się zgłosiłem,
Żeby swoje braki w muzyce wyrównać
I stuprocentowym muzykantem zostać.
Choć podoficerskie zimowe wieczory
Uczyłem piosenek i różne utwory
Tak życie z dnia na dzień przez grudzień
Się pchało i nic ciekawego w domu się nie stało.
Nadszedł rok trzydziesty, czy on lepszy będzie ?
Spełnią się marzenia czy coś nam przybędzie
Czy ma w swym zanadrzu jakieś dla nas dary
Czy tylko nieszczęścia, utrucia, ofiary ?
Czy w służbowym życiu jakieś mam awanse
Można tylko myśleć były jakieś szanse
I tak tysiąc myśli pchoło się do głowy
I setka projektów, żaden niegotowy
Rozpoczynaliśmy rok starym zwyczajem
Z nadzieją, że rok ten będzie dla nas rajem
A tu ledwie wiosna już nowości wiele:
Z koszar wyciągamy aż na Cytadelę.
Dla dzieci tam dobrze, lecz dla starszych bieda.
Pod górę trza wchodzić – inaczej się nie da
I do służby trzeba rowerem dojeżdżać
A za co go kupić ciężko to rozwiązać,
Ale trudna rada, żyć się przecież chciało,
Więc forsy na rower zdobyć się musiało,
I tak przez dwa lata do służby jeździłem
I dla mej ojczyzny swe siły niszczyłem

-39/63-

Za ćwiczenia chóru uznania troszeczkę
Pułkownik mnie wysłał w czerwcu na wycieczkę.
Sto złotych nagrody, urlop dwa tygodnie
I po całej Polsce objeżdżać wygodnie.
Jak się o wyciecze Chmielwicz dowiedział,
Poprosił do biura, tak do mnie powiedział :
Wy się szykujecie na jakąś wycieczkę,
Ja jednak traktuję to jako ucieczkę.
Wszak Eucharystyczny Kongres się szykuje,
Na kongres ja wszystkich ludzi potrzebuję,
Przecież do Poznania wszyscy dygnitarze
Przyjadą na kongres, jak ja się pokaże ?
Lecz nic nie mógł zrobić – rozkaz Pułkownika
I jako kapitan nie mógł już w to wnikać,
W końcu mówi do mnie ”jedźcie – złość robicie”,
Ja wam się odwdzięczę później jak wrócicie.
Co się później stanie, to mnie nie obchodzi,
Ważniejsza wycieczka wszak jesteśmy młodzi.
Nareszcie jedziemy przez Bydgoszcz do Gdyni,
Po dwóch dniach kierunek na Warszawę zmienić.
W Gdyni po raz pierwszy w moim życiu byłem
I z tego się bardzo ucieszyłem.
Po raz pierwszy w życiu oglądałem morze,
Podziwiałem Bałtyk, o mój wielki Boże !
Nigdy nie widziałem jeszcze takiej wody,
A przecież nie byłem już tak bardzo młody.
Potem do Warszawy dwa dni się bawiłem,
A później do Wilna na Litwę jedziemy.
We Wilnie zwiedzamy narodowe pamiątki.
Wilija i Niemen, wielkich wodzów szczątki :
Mickiewicz, Moniuszko, Antokol, Trzy Krzyże,
Z tym wszystkim robimy serdeczne przymierze.
Wilnia nie przyjęli nas chlebem i solą,
A byli i tacy, którzy wódkę wolą,
Na przyjęciu prawie wszyscyśmy pływali
We wódce bo Wilia jest trochę w oddali.
Z Wilna aż do Lwowa trasa nas prowadzi.
Lwów zwiedzamy dwa dni bardzo z tego radzi,
Zagłębie naftowe, szyby Borysławia
Każdy z nas podziwia, chwali i wysławia,
Tatry, Zakopane do Morskiego Oka,
Piękna nasza Polska, wielka i szeroka,
Wieliczka i Kraków, Wawel, Sukiennice,
Groby naszych przodków i te tajemnice

-40/63-

Płyta Kościuszkowa, na Krakowskim Rynku
Zwiedzam pamiątki, nie znając spoczynku.
Kościoły, pomniki, Mariackie Wieże,
Smoczą jamę, kopce – Kościuszki żołnierze
Wszystko nam się wbija do serca głęboko.
Z Krakowa do Śląska nie bardzo daleko,
Zwiedzamy Szczakowę, kopalnie, podziemia,
Bogactwa natury kryje polska ziemia
I już Częstochowa jak rodzinna strzecha
Wieża Jasnogórska do nas się uśmiecha.
Z daleka nad miastem ta wieża góruje,
A na Jasnej Górze Panienka króluje,
Więc w podzięce stają na baczność żołnierze
I kornie klękają i szepcą pacierze
I Polskę w opiekę oddają Królowej
I ślubują wrócić znów do Częstochowy.
I na zakończenie do Łodzi jedziemy,
Ośrodek fabryczny po drodze zwiedzimy,
Żeby mieć pojęcie choćby tak ogólnie.
Z Łodzi już do domu do Poznania wspólnie
Wracamy do rodzin akurat w sobotę.
Orkiestra jak na złość ma wielką robotę,
Kończy się już kongres mszą świętą na błoniach,
Powracają z marszu spoceni na skroniach
Po wszystkiemu sztandar kompania oddaje,
Orkiestra na czele w dwuszeregu staje.
Na tą właśnie chwilę wszedłem na dziedziniec.
Chmielewicz mnie widzi, idę jak straceniec.
Podchodzę do niego, mój powrót mu zgłaszam,
Za piękną wycieczkę dziękuję-przepraszam,
Podaje mi ręke, uśmiech ma serdeczny
Nareszcie, ten powrót jest dla mnie konieczny,
Czekam już na pana całe dwa tygodnie,
Na wycieczce było przyjemnie, wygodnie,
A myśmy się tutaj codziennie pocili,
A ja już nie mogłem doczekać tej chwili,
Kiedy pan powróci i mnie tu zastąpi
Swoich wiadomości, wiedzy nie poskąpi,
Dla dobra orkiestry wszystko zużu tkuje,
Ja od dzisiaj pana zastępcą mianuję,
Czichowicz wogóle już się nie nadaje,
Niech nadal na drugim kornecie zagraje,

-41/63-

Dla niego postaram się o przeniesienie,
Bo on już od dawna tylko utrapienie.
Ja jednak nie chciałem przyjąć stanowiska,
Że się nie nadaję, że będą wyzwiska
I że orkiestranci nie będą łaskawi
I mnie przyjemności tym wcale nie sprawi,
Jak tylko umiałem, tak się wymawiałem
I tambour-majorem wcale być nie chciałem,
Lecz trza było przyjąć już to stanowisko
I czy źle czy dobrze zgodzić się na wszystko.
Tak niestety zgoda, ale z sercem ciężkim.
Czyś się zastanowił nad swym obowiązkiem
W pierwszej chwili ambit i chęć dowodzenia
Mogły mówić zgoda – bez zastanowienia.
Łatwo to się mówi przyjąć stanowisko,
Ale czy dasz radę i swoje nazwisko
Podpiszesz pod wszystkim, wszystkie pociągnięcia
Pod twoją komendą, muzyka, zajęcia
Pójdą w dalszym ciągu, bez zgrzytów, bez bólu
Czy będą szemrania jak u pszczołów w ulu.
To wszystko trza było przewidzieć, rozważyć
Od dziś trzeba działać nie można już marzyć
Czy orkiestra nauczeń, czy to podoficer
Czy dowódca pułku i każdy oficer
Każdy na cię patrzy szkłem powiększającym.
Tyś dla wszystkim duchem jest pocieszającym,
Tyś alfą, omegą, tyś jest ojcem przecież
Dla uczni i młodszych kolegów, czy wiecie ?
Jaka to ogromna jest odpowiedzialność
Być dla wszystkich wzorem i ta specjalność
W muzyce być pierwszym i w mustrze na czele
Od nich żądać mało, ze siebie dać wiele,
A dowódca pułku i kapelmistrz tażke
Czekają poprawy we wszystkim, a jakże,
Głowa od wszystkiego pęka, chaos w głowie.
Widzę, że się cieszą ze zmiany uczniowie,
My jesteś pewni, że dasz sobie radę,
Tak mówią koledzy. Musztrę, defiladę,
Koncerty i próby, wykłady, ćwiczenia
To u ciebie pójdzie bez zastanowienia.
Widzę, że się każdy nastawił przychylnie,
Więc choćbym źle zrobił, powiedział coś mylnie,

-42/63-

Każdy wayrozumie, gdy będzie potrzeba,
Przecież żaden majster nie spadł jeszcze z nieba.
Biorąc te szczegóły wszytkie pod rachubę,
Rozpocząłem pracę na chwałę i chlubę
Orkiestry i pułku Pięćdziesiąt Ósmego
A było to w czerwcu roku trzydziestego.
Szczegółów z tej funkcji ja pisać nie będę,
To by było nudne, nawet trochę zbędne,
Ważniejsze momenty tylko zanotuję,
A resztę se każdy sam dokomponuje.
Orkiestra z tej zmiany dużo skorzystała,
Mój okres szefostwa sobie spamiętała.
Gdy mnie jeszcze teraz muzycy spotkają,
Jeszcze te momenty mile wspominają,
Że ich przez ten okres nigdy nie skrzywdziłem,
Że nie tylko szefem ale ojcem byłem
Że z mej wiedzy wszyscy dużo skorzystali
I do końca życia będą pamiętali
Dla mnie ważne było ludzi coś nauczyć,
A w ćwiczeniach w marszu nigdy nie dokuczyć,
Nie robić wyjątków równo ich traktować,
Starać się o wszystkich na ludzi wychować,
Nie meldować dalej występu każdego,
Dać czas do namysłu, do naprawy złego.
To też każdy do mnie szczerze się odnosił
I zwykle otrzymał to, o co mnie prosił,
A znowu kapitan prawie nic nie wiedział,
Co w orkiestrze było, nikt mu nie powiedział .
Ode mnie usłyszał, że : ”wszystko w porządku”
I tak rzeczywiście było od początku,
Więc się przyzwyczaił i przywykł do tego.
Jemu było dobrze i nam też bez niego.
W pułku też się wszyscy tak przyzwyczaili,
Z wszystkimi sprawami do mnie przychodzili,
Załatwiałem wszystko ku zadowoleniu
I dowódcy pułku i w mym otoczeniu
Przez dwa lata wszystko jak najlepiej grało,
A potem się jednak coś takiego stało,
Że nie wytrzymałem i wszystko rzuciłem
I Tambour-majorstwa szybko się pozbyłem.
Tak się o orkiestrze mocno rozpisałem,
Że rodzinne sprawy prawie zapomniałem,
A tu cała masa nowości się ciśnie,
Jak mówią na złość, nikt o nich nie piśnie

-43/63-

Więc muszę wypadki rodzinne notować,
Żeby nie zapomnieć, mogłyby brakować.
Do całości muszę dopisać te fakty,
Bo by niezupełne były nasze akty.
Kaziu do saperów poszedł poborowo
I całe dwa lat służył honorowo
W Poznaniu na Wildzie w koszarach saperów.
Uczyli go pływać i wodnych manierów,
A że z urodzenia miał już powołanie,
Więc mu łatwo poszło na Warcie pływanie.
Dobrze się sprawował, był starszym saperem,
Myślałem, że w wojsku zostanie na stałe,
Lecz Kaziowi wojsko nie starczy – za małe
Dla niego niestety pole do popisu.
On nie bardzo lubi trzymać się przepisów
I w końcowej fazie swojej wojskowości
Chłopak mi się zepsuł, to mnie właśnie złości
Wojskowy komyśniak jemu nie smakuje,
On ma gwałt cywilne ubranie szykuje.
Pytam się, dlaczego nie chce w wojsku zostać,
Przecież twa figura, cała twoja postać,
To rodzony saper, pamiętasz, w młodości
Żeś się już raz topił w wody głębokości,
W przeręblu pozostał tylko but podarty,
Tyś się nie utopił prawda, to nie żarty,
Widzisz powołanie masz od urodzenia,
Czemu nic nie mówisz – co masz do stracenia.
Nie chcesz wykorzystać wrodzonych zdolności,
Chcesz iść do cywila, męczyć się w przyszłości,
Lecz niestety Kaziu nie dał się namówić.
Tak się jakoś zmienił, spoważniał od razu,
Nie mógł się doczekać zwolnienia rozkazu.
Dopiero się później wszystkiego dowiedziałem:
Muszę iść do domu, bo się zakochałem.
Przy okazji zdradził, co mu dokuczało,
Że kochanie jemu na serce leżało,
Że jakaś Marysia sercem zawładnęła,
A na domiar złego też z Krajkowa była.
Teraz mi dopiero otwarły się oczy,
Że z płachtą na ślipiach do Krajkowa kroczy,
Więc też w krótkim czasie wesele zrobili
I całą famułę na nie zaprosili.

-44/63-

Z naszej strony świadek najstarszy brat Janek.
Ze strony Marysi był Kubiaczyk Franek.
Janek miał cylinder i szedł z animuszem.
Franc był trochę mniejszy – metr pięć z kapeluszem.
Pamiętam, wojskowa orkiestra mu grała,
Fajnie się bawili a famuła cała
Nie chciała odjeżdżać – trzy dni się bawili.
Olejników ”ze wsiem” obżarli, opili.
Roku trzydziestego pierwszego to było
W piękne dni jesienne, wszystko przeminęło
A po dwóch miesiącach u nas znowu chrzciny.
Jędruś się urodził, córuś i trzy syny.
Jak na naszą biedę to chyba wystarczy.
Zresztą, nie wiadomo, na rodzinnej tarczy
Co tam jest pisane, co nas spotkać może.
Tylko Ty wiesz wszystko, Wszechmogący Boże,
Więc z nadzieją żeśmy chłopaka ochrzcili,
A potem już w domu z chrzestnymi wypili.
Po chrzcinach już adwent – czas nie bardzo długi,
Już szybko się zbliża rok trzydziesty drugi,
Wszystko po staremu nie ma żadnej zmiany,
Z nadzieją na lepsze rok rozpoczynamy,
Ale ta nadzieja jakby mnie zawiodła.
Już w pierwszej połowie wysadziła z siodła,
To znaczy, że w czerwcu, jak to już wspomniałem,
Zastępstwo złożyłem – szefem być przestałem.
Pamiętam, jak było i dla ciekawości
Opiszę jak umiem, lecz mnie wszytko złości
Na wspomnienia jeszcze dzisiaj serce bije,
Więc z tego wszystkiego pewnie się upiję.
Był to właśnie wtorek, może nie wierzycie,
Orkiestra wieczorem w radio ma audycję,
A tu rozkaz przyszedł o godzinie czwartej
Mamy na procesję iść i to nie żarty
Z kompanią i w hełmach, a żar bije z nieba
I wszystko na koncert zaraz zabrać trzeba.
Jak to mam pogodzić i wymarsz i hełmy,
Procesja i radio, to chaos zupełny.
Do radia z hełmami iść nam nie wypada,
A wymarsz z sztandarem to jak defilada,
Więc trzeba koniecznie iść w hełmach na głowie.
Kapitan jest w mieście, co on na to powie,
Posyłam do niego, lecz znaleźć go sztuka,
A to już dowódca kompanii mnie szuka

-45/63-

I mówi że w chełmach ma stanąć orkiestra.
Na czapki komendant nie godzi się miasta,
Więc trudno na wymarsz trza w chełmy się ubrać,
A potem z chełmami do radia trza iść grać.
Idziemy na wymarsz, pot leje się z czoła,
Bo kawał jest drogi do tego kościoła.
Na świętym Wojciechu spoceni czekamy,
A tu mój kapitan już w chełmie ubrany
Przychodzi, wyzywa, że jego jak nie ma,
To nic się nie robi, on już nie wytrzyma,
Do mnie ma pretensje, że nic nie zrobione,
Jak można iść w chełmach, jak to załatwione ?
Tłomaczę że byłem u dowódcy pułku,
Z dowódcą kompanii latałem jak w kółko
Do komendy miasta dzwoniliśmy razem
I nic nie szło zrobić ostatnim rozkazem
Trza było wziąć garnek na głowę i basta.
Taki to był rozkaz komendanta miasta,
A rozkaz trza było wykonać co do joty,
Tak mój kapitanie, kapelmistrzu złoty.
Nie mógł, czy też nie chciał, kapitan zrozumieć,
Wyzywał i mruczał, musiał się wyszumieć,
A że bezpodstawne te wyzwiska były,
Więc mnie złość porwała, wszystkie nerwy wzięły
I postanowałem tę posadę rzucić.
Po co mam się z swoim przełożonym kłócić,
Po co nerwy szarpać i zdrowie rujnować ?
Ja potrafię jeszcze na chleb zapracować.
Może w innym miejscu jeszcze gorzej będzie,
Ale się nie boję, bo Pan Bóg jest wszędzie.
Takie posądzenie, panie kapitanie,
Że ja nic nie robię, że nie jestem w stanie
O coś się postarać dla orkiestry zrobić,
Do służby nie umiem ludzi przysposobić.
Tego aż za wiele, to mnie trochę boli,
Będę się więc musiał usunąć powoli,
Proszę więc poszukać zastępcy lepszego,
A ja wezmę puzon, będę dmuchał w niego.
Kapitan o zmianie wcale słychać nie chciał,
Ale trudna rada zwolnić jednak musiał

-46/63-

Bo ja już nie wziąłem do ręki buławy,
Więc inaczej nie mógł załatwić tej sprawy.
I znów Cichowicza zastępcą wyznaczył,
Mnie na razie zwolnił, żebym się nie męczył,
Ale tylko jeden miesiąc odpoczywałem,
Przez lipiec spokojnie na puzonie grałem,
Bo w sierpniu orkiestra w całym swym komplecie
Wyjeżdża z koncertem, a dokąd ? nie wiecie ?
Dwa i pół miesiąca tam co Ciechocinka.
Coś człowiek zarobi ale będzie męka.
Dwanaście i pięćset na czterdziestu ludzi
Ale taki koncert to szacunek budzi
Codziennie sześć godzin takiego dmuchania
To już nie ma chęci nawet do kochania,
Ja już w Ciechocinku zastępcą nie byłem,
Za to inną funkcję zmuszony objąłem.
Jeszcze przed wyjazdem z Poznania w swym planie
Kapitan wspominał kuchnie, gotowanie,
Całą gospodarkę i aprowizację
Obejmie Pełczyński, ” Wy się na tym znacie”
Prawa ? mówi do mnie. Pan to poprowadzi
A ja i orkiestra, wszyscy będą radzi.
Oczywiście o tym ja słuchać nie chciałem,
Lecz mimo protestów przyjąć to musiałem.
Dla mnie ważny okres był tam w Ciechocinku.
Ja wcześnie wstawałem, prawie że o ciemku
I na rynek szedłem po wszystkie zakupy:
Co dać na kolację, a co na śniadanie,
Czy podać na zimno albo coś na zgrzanie
I tysiące innych drobiazgów na głowie.
Kto się na tym nie zna, to drobnostka, powie
I w rzeczywistości byli, byli tacy,
Którzy powiedzieli, że niewiele pracy,
A ja wam powiadam, od świtu do nocy
Było lataniny a znikąd pomocy.
Do pomocy prawie nikogo nie było,
Lecz do mądrowania wszystko się stawiło,
Ale moje trudy dały też wyniki
I gdy się dowiecie, będą wykrzykniki,

-47/63-

Bo tutaj przed nami grał Trzydziesty Szósty,
Płacił po dwa złote za prowiant nietłusty,
Trzy razy na dobę tylko jeść dostali.
Myśmy czterokrotnie prowiant fasowali,
Za złoty trzydzieści dziennie ja żywiłem
No powiedzcie sami jak gospodarzyłem
Więc zadowoleni kapitan, koledzy
Poddostatkiem mieli wszystkiego do jedzenia(jedzy)
Tylko sam Głowicki niezadowolony
Skarżył się, że głodny i nie najedzony
Lecz kapitan widział, że przez zazdrość skarży.
Powiedział : ”niech sobie sam objady warzy”.
Więc się uspokoił, jadł co zgotowałem,
Ale mimo wszystko w nim to wroga miałem,
I tak dni mijały do siebie podobne,
Graliśmy utwory przed południem drobne,
Za to po obiedzie koncert był poważny
I tu każdy musiał być bardzo uważny,
Bo kapitan zły był, gdy ktoś sfuszerował,
Wyzywał i karał, abyś pokutował.
Na poranny koncert ja nie uczęszczałem.
W tym czasie kuchenne sprawy załatwiałem
I nic szczególnego przez dziesięć tygodni.
Graliśmy na sto dwa, wszyscy byli zgodni :
Dyrekcja, kapitan, orkiestra, uczniowie
Jeden na drugiego nic złego nie powie,
Tylko raz niezwykła sprawa zaistniała,
Zaraz wam opiszę, jaki przebieg miała.
Pamiętam raz sprzeczkę między gospodarzem
I Ogrodowczykiem i nami zarazem.
Ogrodowczyk wrócił po graniu do domu
I się bardzo spieszył, wziął klucz po kryjomu
Chciał pokój otworzyć i pióro ukręcił.
Lewandowski patrzy, wąsa se podkręcił
I zaczął wyzywać, że wszystko psujemy,
Całe gospodarstwo jemu zrujnujemy
Wyzywał od szuji, świni i złodzieja
Straty nikt nie wróci, on nie ma nadziei
I całą orkiestrę i wszystkich żołnierzy
Tak nas z błotem zmieszał, że nikt nie uwierzy
I całą parę zaczął nas wyzywać,
Że nas na policję pójdzie zameldować

-48/63-

Ogrodowczyk mniejszy ruszył na starego
I swoim klarnetem zmierzył się na niego.
Stary się rozsierdził, od najgorszych nazwał,
Z nikim się nie liczył, wszystkich z błotem zmieszał.
Ja w czasie tej sprzeczki ”jedze” szykowałem,
Ale każde słowo dobrze spamiętałem
I nie wytrzymałem jak wszystkich ubliżył.
Ja z nożem kuchennym do nich żem się zbliżył,
Wpradzie się nie chciałem mieszać w cudzą sprawę
Tym bardziej, że wtenczas szykowałem strawę ,
Przecież wszyscy stali, się przysłuchiwali,
Ale na obelgi nie zareagowali,
Więc z kuchni wypadłem z nożem na podwórze,
By już raz zakończyć między nimi burze.
Józef, marsz do domu, krótko rozkazałem,
A Lewandowskiemu nożyk pokazałem.
Z wami ja się jutro dopiero policzę,
Oddam was do sądu albo na policję.
Krótko załatwiłem, kolację wydałem,
Ale jeść nie mogłem – się zdenerwowałem.
Na drugi dzień raport, stary się zażalił,
Hordowczyka ”wkopał”, a jam go ocalił.
Ja w czasie raportu wyszedłem po śmietanę
I tak zamyślony patrzałem na ścianę,
Bo muszę zaznaczyć, że urzędowanie
Było gdzie magazyn i gdzie nasze spanie.
I tak żem się z garnkiem od szafy odwrócił,
W te słowa się do mnie pan Kapitan zwrócił :
Ogrodowczyk winien – muszę mu dać karę,
Pójdzie do aresztu, posiedzi dni parę,
A ja na to mówię : byłem świadkiem tego,
Lecz ja mam pretensje do Lewandowskiego,
Właśnie chcę poprosić pana kapitana,
Żeby mi pozwolił iść do sądu z rana,
Nie mogę obrazy takiej puścić płazem,
On wszystkim ubliżył, jak jesteśmy razem
I całej Orkiestrze i Kapitanowi
I całemu wojsku, nawet Marszałkowi.
Kapitan zdziwiony na Lewandowskiego
Spogląda i pyta co to będzie z tego ?
A ja ciągnę dalej, tego nikt nie zniesie,
Ta zniewaga skończyć musi się w procesie.

-49/63-

Jak na to zasłużył, tak go sąd ukarze,
Ja nie jestem mściwy, ale mu pokażę.
Chyba Lewandowski zaraz nas przeprosi,
Swoje słowa cofnie i poprawę zgłosi.
Jak na rozkaz stanął i do kapitana.
Myślałem, że padnie przed nim na kolana,
Nisko się pochylił, w rękę go całuje,
Nas wszystkich przeprasza i winnym się czuje.
Jednym pociągnięciem zakończona sprawa,
Poznań się nie dowie ani też Warszawa.
Józef się ucieszył, że go uwolniłem,
Postawił pół litra i z nim go wypiłem.
A Cichowicz szef nasz – co w tej sprawie zrobił ?
Ani słówka nie rzekł, tym go właśnie dobił,
Więc Józef nie wiedział jak ma mi dziękować,
Cieszył się jak dziecko, w rękę chciał całować.
Na drugi dzień rano ja wróciłem z miasta,
Robię obrachunki – wtem jakaś niewiasta
Wchodzi do pokoju, patrzę Lewandowska.
Pomyślałem sobie – jakaś kara boska
A ona mnie prosi do nich na śniadanie.
Zwątpiłem i myślę, co się teraz stanie ?
Na pewno się zeszła ich rodzina cała
I od nowa będzie sprawę roztrząsała.
Niech się co chce dzieje, ”już zaraz przychodzę”
Rzekłem Lewandowskiej i na jednej nodze
Wpadłem, a na stole pół litra już stoi.
Lewandowski siedzi, jakoś się mnie boi
”Panie gospodarzu” mówi mi nieśmiało
Niech mi pan zapomni, co się wczoraj stało.
Ja wyciągam rękę do niego na zgodę,
On do szklanki wlewa już święconą wodę
I oboje żeśmy pół litra ściągnęli
I jednym zamachem sprawę załatwili.
Stary już do końca nauczkę otrzymał
I z żadnym muzykiem wojny nie zaczynał.
Do końca sezonu spokój żeśmy mieli.
Jeden na drugiego krzywo nie spojrzeli.
Je przed zakończeniem trzy dni wyjechałem
Do Krakowa na kurs, rozkaz otrzymałem.
Prosiłem, by wysłał jakiegi juniora,
Nie chciałem iść więcej na tambour-majora.

-50/63-

Lecz Chmielewicz o tym nie chciał słyszeć słowa,
Więc musiałem jechać na kurs do Krakowa.
Komendantem kursu był pan major Szrajer.
Zgłaszam się do niego, on myśli, że frajer
Przyjechał z Poznania, z pułku Chmielewicza
I wszystkie przedmioty z góry mi wylicza,
Straszy, że tych wszystkich nauczyć się trzeba,
Bo to jest potrzebne dla muzyki, dla chleba.
Więc trochę speszony do szeregu staję
A gruby Pisarek złą komendę daje
I przy pierwszej zbiórce od pierwszego razu
Podpadłem, nie mogąc wykonać rozkazu,
Którego Pisarek, dając złą komendę
”Równaj”, chciał bym w prawo obrócił swą gębę
Rzekłem : ”nie wykonam źle danej komendy”,
To jest przecież musztra, a w niej żadne względy
Nie mogą mieć miejsca, bo przepis wojskowy
Mówi coś innego, szefie orkiestrowy.
Przyjął tę uwagę Pisarek ze złością,
A major spogląda, mówi ze wściekłością,
Że na kurs przyjeżdżam, mam się coś nauczyć,
A ja przepisami chciałbym im dokuczyć,
Więc możecie sami wyobrazić sobie,
Że się naraziłem majora osobie.
Po południu znowu podpadłem szefowi.
Odmówiłem skryptów panu majorowi,
Które po piętnaście złotych nam sprzedawał
I z tego powodu był już drugi kawał.
Kazał me nazwisko sobie zanotować
I że będę musiał to odpokutować.
Ja się zapytałem, z jakiego powodu,
Że historię Reisa kupiłem za młodu,
Osiemnaście złotych za nią zapłaciłem,
Wszystkich wiadomości z niej się nauczyłem,
A piętnaście złotych mam za skrypty płacić ?
Major wszystkich krzywdzi, siebie chce wzbogacić,
Nie szefie kochany, ja bardzo żałuję,
Lecz skryptów majora nie chcę, nie kupuję,
A że to był jeden jedyny wypadek
Majora zabolał żołądek i zadek,
Więc też od początku tego Kursu trwania
Zawsze o Pełczyńskim miał coś do gadania.

-51/63-

Lecz pomimo uwag pod moim adresem
Zawsze go pobiłem, kompletnie, z kretesem.
Pamiętam, był wykład w wieczornej godzinie,
Major opowiadał nam o Lohengrinie,
A że tę operę bardzo dobrze znałem,
Słucham i nie wierzę, i nie wytrzymałem
I mówie do Lorka/ co koło mnie siedział/,
Że w tej chwili Major głupstwo nam powiedział.
Major zauważył moje ruchy, gesty
I zwraca się do mnie : może mam protesty,
A ja oczywiście to tylko trafiłem,
Lecz tylko do Lorka po cichu mówiłem,
A on nie przypuszczał, że moja uwaga
To poważny zarzut, a nie żadna blaga,
Więc wstaję i mówię, że niedobrze czyni,
Bo mam Operowy Podręcznik w kieszeni
I to co pan mówi, wcale się nie zgadza
Z operą Wagnera – to tylko przeszkadza
I nie dokończyłem, Major kiwnął ręką
”Tej usiądź, tej mądry, ty moja udręko”
I musiałem usiąść a jego podwładny
Nie mogłem powiedzieć różnicy dokładnej
Spokojnie usiadłem na swoje siedzenie,
Musiałem wykonać jego polecenie,
Lecz on nie mógł strawić tej mojej uwagi,
Przed wszystkimi stracił ze swojej powagi.
Po wykładzie wszyscy do mnie przychodzili.
Żem taki odważny jest, więc się dziwili.
W końcu musiał przyznać i skapitulować,
Że nie warto było z Pełczyńskim wojować.
Otwarcie napisał list do Chmielewicza,
Moje wiadomości muzyczne wylicza
I pierwsza likata wynik ”z wyróżnieniem”,
Bo byłem na kursie sprężyną – natchnieniem.
Chmielewicz był dumny i z tego powodu,
Że mu nie zrobiłem w Krakowie zawodu,
Znowu mnie na szefa orkiestry mianował,
Kazia Cichowicza to wyekspediował.
Uroczyste było Kursu zakończenie.
Byliśmy w kościele, krótkie pomodlenie,
Po powrocie objad, potem przemówienia,
Spakowanie rzeczy – no i dowidzenia.

-52/63-

Moja Pani była na tym pożegnaniu
Razem ze Stefanem oboje w Poznaniu
Już się umówili, stary Kraków zwiedzą.
Za powrotną drogą Ślązaków odwiedzą.
Jak zaplanowali, tak też uczynili.
Dzieci się cieszyły, roześmiane miny,
Jędruś roczek skończył i już umiał latać
I zaczął powoli swoje figle płatać.
Rok trzydziesty drugi urozmaicony
Dla orkiestry, dla mnie dla dzieci i żony,
Bo w maju egzamin nadzwyczajny zdałem,
Wykształcenie z siódmej klasy otrzymałem.
W czerwcu już przestałem tambourmajorować,
W sierpniu w Ciechocinku musiałem gotować,
W październiku Kraków. Na kurs pojechałem.
Po powrocie z kursu znów szefem zostałem
I znowu robota, znowu poświęcenie
I odpowiedzialność, z ludźmi utrapienie,
Bo jak by nie było ci młodzi uczniowie
Kochali się w pannach, byli z nimi w zmowie
I prawie codziennie kogoś brakowało,
Na wieczorny apel bractwo się spółźniało
I nie raz chłopaków / jak się zaczaiłem /,
Jak wracali z miasta na płocie schwyciłem
I te ich występki i te ich spóźnienia
To były dla szefa utrucia, zmartwienia,
Bo te przewinienia wszystkie w sobie kryłem
I kapitanowi tych spraw nie zgłosiłem.
Owszem, że spóźnienia, to zanotowałem.
Jeden raz w miesiącu ich wszystkich zebrałem
I po przeczytaniu musieli się karać,
Za grzechy żałować, o poprawę starać.
Na przykład Chątkowski pięć pasów zarobił,
Bo do koszar przez płot po capstrzyku wchodził,
Feliks Mikołajczak uciekł do Piątkowa,
Wasio bez przypustki to do Puszczykowa
Pojechał z dziewczynką raz w jedną niedzielę
I takich wycieczek było bardzi wiele,
Więc za te przestępstwa sami się karali,
Kładli się na krzesło, wzajemnie się ”prali”

-53/63-

Ja tylko z notesu ich grzechy skreśliłem
I podoficerów na raport prosiłem,
Oni znów wzajemnie siebie oskarżali,
Sprawiedliwą karę sobie wymierzali.
Na przykład Błachowiak spóźnił się na zbiórki
Musiał dać pół litra, zakąski, ogórki.
Franka na ćwiczeniach jeden raz nie było
Bractwo mu za karę litra wyznaczyło,
A Kaziu Gabryel znów nie był w kościele
Musiał stawić litra, przecież nie za wiele,
Kabacziński podpadł, nie był na pobudce
Musiał dać zakąski, po piwie i wódce.
Każdy się do swoich grzechów sam przyznawał,
Kajał się i swoją karę na stół stawiał,
W Kasynie się wszystko spokojnie odbyło,
Po raporcie bractwo się całe stawiło,
Radzi że Kapitan nic o tym nie wiedział,
Więc spokojnie każdy pogadał, posiedział.
I zadowoleni wszyscy korzystali,
I za to mi wszyscy w marszu dobrze grali.
Ja im za to wdzięczny byłem, tak jak mogłem.
Ktoś coś potrzebował, to chętnie pomogłem.
Więc w naszej orkiestrze to jakby rodzina
Wszystko dobrze grało, szczęśliwa godzina.
Więc każdego roku zawsze w karnawale,
Jak się odbywały tańcówki i bale,
Wieczorek taneczny zorganizowałem
I chociaż latania, starania to miałem,
Ale cały zespół był zadowolony
Podoficerowie, uczniowie i żony,
Wszyscy na ten wieczór cały rok czekali,
Ładnie się bawili, tańczyli, śpiewali.
Uczeń mógł na balu też wprowadzić kuzynkę
O już poborowy to ładną dziewczynkę.
Podoficerowie z żonami swymi,
A młodsi koledzy to z narzeczonymi.
Był Dowódca Pułku ze swoją małżonką,
Kapitan Chmielewicz ze swoją Irenką
I wszyscy serdecznie w miłej atmosferze
Przyżyli ten wieczór, koledzy żołnierze.
I dwie fotografie z tych uroczystości
Zostały mi w aktach moich miłych gości

-54/63-

I tak przez lat kilka się urzędowało
W spokoju, w harmonii, ”wsio” w Orkietrze grało.
Koledzy z ”Pięć-Siedem” to nam zazdrościli.
Oni potańcówki nigdy nie robili.
Tam jeden drugiego topił w łyżce wody,
Tam nigdy nie było harmonii i zgody.
Osobiście ja się troszeczkę zmieniłem,
Bo w konserwatorium naukę rzuciłem.
Do tego Chmielewicz, on mnie spowodował.
Chciał żebym w koszarach więcej urzędował
I powiada do mnie : Pan za dużo umie
Ja się przed wszystkimi swoim szefem chlubię,
W Warszawie z Majorem żeśmy rozmawiali,
Stopień Chorążego dla Pana stawiali.
Jako tambour-major niech Pan rzuci szkołę,
Życie tak utrudniać nie bardzo wesołe
I swojego Wodza wtenczas usłuchałem,
Do szkoły Muzycznej chodzić poprzestałem.
Za to swą ogólną wiedzę poglębiłem,
Bo w trzydziestym szóstym codziennie chodziłem
Cały rok do szkoły na lekcje wieczorem,
By stuprocentowym stać się instruktorem.
Wydziałową szkołę wtenczas ukończyłem,
Tym u swojej Władzy uznanie zdobyłem.
Muszę jeszcze wrócić do rodzinnej sprawy,
Choć nie bardzo ważnej, lecz dla mnie ciekawej,
Bo we Witaszycach działkę kupiliśmy
I w trzydziestym czwartym dom postawiliśmy.
Najwięcej to przy nim żona pracowała
I Ona właściwie ten dom zbudowała.
Siostry przy budowie dakże pomagały,
Że brat się buduje satysfakcję miały.
Niewiele korzyści, ale radość wielka,
Bo mieszkał tam Dziadek a z nim Babcia Celka.
Do dziś Stefka z Władzią ze swymi synami
Mieszkają jak w swoim, teraz już z wnukami,
Więc jak by nie była to cała rodzina
Miała przystań nową, szczęśliwa rodzina.
I pomału nadszedł rok trzydziesty siódmy,
O roku kochany, o roku obłudny
Bo to naszę życie to jak błędne koło
I więcej jest smutne, nie bardzo wesołe

-55/63-

Ale to co teraz dla mnie zaistniało,
Nie wiem jak określić,wciąż płakać się chciało.
Do czerwca Chmielewicz nas dyrygował,
Lecz Chmielewicz w czerwcu poszedł do Warszawy.
Co się potem działo, jeżeliś ciekawy,
Coś niecoś wam powiem, troszeczkę napiszę.
Następca Sadowski, niech o nim nie słyszę,
Słaby to kapelmistrz a człowiek bez serca.
Obłudny, fałszywy, prawdziwy morderca
Przez całe dwa lata tak się z nim męczyłem
I miesiąc przed wojną tę funkcję rzuciłem.
Taką nam w orkiestrze stworzył atmosferę,
Że można by nabić spokojnie giwerę
I kropnąć mu z tyłu prosto między uszy.
Niech go nikt na oczy nie widzi, nie słyszy
Bo moi kochani, wyobraźcie sobie,
Kolejno nas wszytkich po jednej osobie
Zawołał do biura, badał szczegółowo,
Wszystkich wypytał bardzo drobiazgowo,
Jak się odnoszę do podoficerów,
Czy ja piję wódkę, nie mam złych manierów,
Czy uczniowie ze mnie są zadowoloni,
Jak się zapatrują, bo on mnie chce zmienić,
Żeby mu zdradzili wszystkie tajemnice,
Czy ja na puzonie i na skrzypcach ćwiczę,
Czy wyprawiam huczne swoje imieniny,
Czy Chmielewicz do mnie przychodził na chrzciny.
Aż wstyd o tem pisać, takie to są bzdury.
Może mu niechcąco powiedział co który,
A on mi dokuczał i wciąż mi wymiawał
I jak tylko umiał nogi mi podstawiał.
Na przykład : na Gwiazdkę moje przeniesienie
Przyszło do Warszawy. A jakie zdziwienie.
W Poznaniu to ze mną pracować nie umiał,
A jak miał mnie puścić, to nie chciał, lecz szumiał
I do Półkownika poszedł mnie obskarzyć,
Że to przeniesienie to może zaważyć
Dla dobra orkiestry, to muszę tu zostać,
Bo on tu jest świeży, a znów moja postać
Dla wszystkich jest znana w Pułku i w Poznaniu,
Więc może Orkiestra źle wypaść na graniu.

-56/63-

I dowódca Pułku na to zarządzenie
Wystosował protest o to przeniesienie,
Dowódca Dywizji też zaprotestował,
Więc Minister Wojny wszystko anulował
I nadal musiałem tu w Poznaniu siedzieć.
Co się potem działo, muszę wam powiedzieć.
Teraz się prawdziwa wojna rozpętała
I się nieszczególnie dla mnie zakończyła,
Gdy się o tym wszystkim Chmielewicz dowiedział
Napisał list do mnie, tak do mnie powiedział
Wybierz się Pan do mnie zaraz do Warszawy,
Wspólnie załatwimy pomyślnie te sprawy.
Biorę zaraz urlop i do Chmielewicza,
A jak zajechałem, do Sidorowicza
Posyła mnie, żebym sprawę sam załatwił
I jemu to życie w Warszawie ułatwił.
Jak ja się zgłosiłem do Sidorowicza,
On mi wszystkie sprawy na sto dwa wylicza
I mówi że cofnie moje przeniesienie
Bo tu w Ministerstwie leży zażalenie,
Że Sadowski dzwonił do samej Warszawy,
Że dla przyjemności, czy jakieś zabawy
Nie prosić z Pułku Piędzisiąt-Ósmego,
Bo w trzydziestym szóstym mają szefa swego,
A mnie z wielkiem żalem Ministerstwo Wojny
Kazało powiedzieć, żebym był spokojny,
Że tylko narazie przenieść mnie nie mogą,
Że to ich kosztuje, że to jest za drogo.
Chmielewicz był na to bardzo rozżalony
I powiedział do mnie i do swojej żony,
Że wszystkiemy winien porucznik Sadowski,
Że on z urodzenia taki typ łotrowski,
Że po nim wszytkiego można się spodziewać,
Że on tylko umie karać i wyzywać.
Gdy po tym urlopie wróciłem z Warszawy,
Sadowski mnie wzywa, jest bardzi ciekawy,
Po co pojechałem aż do Ministerstwa,
Przecież w Wojsku Polskim nie ma kumoterstwa.
Zwraca mi uwagę, że źle postąpiłem,
Że jego osobę za cną powinąłem
Chciał mnie tym przekonać i więcej nastraszyć,
Że on urlop dał mi tylko do Witaszyc,

-57/63-

A już do Warszawy to bez jego zgody
Pojechałem dla swojej wygody,
Więc on za to będzie musiał mnie ukarać,
O innego szefa musi się postarać.
Myślałem że spuchnę i że nie wytrzymam,
Na niego się rzucę i po twarzy mu dam
Ale się głęboko mocno namyśliłem
I kilka słów prawdy do słuchu wyrznąłem.
Krótko powiedziałem. Niewinnym się czuję,
Bo swoim urlopem ja sam decyduję,
Przecież to jest moja osobista sprawa
Czy to do Witaszyc, czy to jest Warszawa.
Mogę tam pojechać, gdzie mi się podoba,
Na to nie ma wpływu szanowna osoba,
A że w Ministerstwie byłem przy okazji,
Oni z tych odwiedzin byli bardzo radzi,
Gdy się dowiedzielim że jestem w Warszawie,
Prosili bym do nich przyszedł w pewnej sprawie
I do Chmielewicza po mnie zadzwonili,
Że na mnie czekają, mam przyjść w każdej chwili.
Przecież dziś żyjemy w Polsce Niepodległej
I w sprawach służbowych muszę być uległy,
Ale spraw prywatnych proszę tu nie mieszać
Nie pozwolę sobie na łeb psów zawieszać.
Więc to moje krótkie ostre wyjaśnienie
Pogłębiło nasze niezadowolenie
I coraz to większa przepaść powstawała
A na tym Orkiestra tylko ucierpiała.
Na przykład gdy musztrę na dziedzińcu miałem,
On nie przyszedł na dół, a ja go widziałem,
Jak z trzeciego piętra przez okno wyglądał,
Wszystko obserwował, a potem to żądał,
Żebym lepiej w marszu Orkiestrę musztrował,
Bo on z góry widział, że ktoś fuszerował.
A ja na to mówię : gdy kompania ćwiczy
Dowódca jest przy niej, poprawia, nie krzyczy,
A przecież gdy idę na przedzie z buławą,
To nie mogę latać raz w lewo raz w prawo,
W ogóle nie widzę, co się za mną dzieje,
Czy Orkiestra w marszu równa i czy kryje.
Powinien ktoś z boku chodzić i poprawiać
I zwracać uwagę jak nogi postawiać

-58/63-

Dawniej nam Chmielewicz zwracał swe uwagi
I tym nic nie stracił ze swojej powagi.
Tym do zrozumienia Sadowskiemu dałem,
Że on jest dowódca i zespołem całym
On nie dyryguje, więc powinien ćwiczyć
I na jego wiedzę my możemy liczyć
I że jego miejsce jest przy nas na dole
A nie patrzeć z okna lub siedzieć przy stole,
Żeby nam skazówki dał i swoje rady,
Nauczył zachodzić nas do defilady.
I do tego czasu schodził na dziedziniec,
Ale stał i patrzał jak jakiś straceniec
I nic nie poprawiał, uwagi nie zwrócił.
Tym mnie jeszcze więcej przygnębił, zniechęcił,
Bo ode mnie żądał, żebym zachodzenie
Poprawiał i ćwiczył, uważał na brzmienie,
A sam podczas ćwiczeń stał i się poglądał,
A poprawy w marszu, to ode mnie żądał.
Więc się też zawziąłem, uwag nie zwracałem,
Spokojnie na czele buławą machałem.
Jakieś dwa, trzy dni już przed samym Świętem
Pułkownik mnie wzywa, jest bardzo przejętym
I mówi że patrzy na nasze ćwiczenia
I serce go boli i ma zastrzeżenia,
Bo nic nie wychodzi i z musztry, i z grania,
A szybko się zbliża dzień defilowania.
Jak nasza orkiestra będzie wyglądała,
Przecież dawniej ona najlepiej grała.
Prosił, bym tę musztrę wziął we swoje ręce.
Ja się później panu już za to odwdzięczę.
Rozkaz pułkowniku, tylko powiedziałem
I z ludźmi serdecznie temat obgadałem,
Żeby do roboty rzetelnie się wzięli
I niedociągnięcia wspólnie usunęli,
By przy defiladzie wszyscy uważali
I wszystko co można ze siebie oddali.
I dowódca Pułku już po defiladzie
Podziękował wszystkim, że w najlepszym składzie
Wszyscy wyrównani – zwroty wykonali
I do defilady dobrześmy zagrali.
A po Trzecim Maju nic my nie ćwiczyli,
Tylko przez dni całe nuty-my kleili,

-59/63-

Każdy podoficer, kapral, plutonowy,
Sierżant, starszy sierżant, uczeń, poborowy,
Wszystkich do klejenia Bambuka zapędził
I mnie jako szefa też w tym nie oszczędził.
Tak mi to klejenie nerwy poszarpało,
Że się człowiekowi nawet żyć nie chciało,
Bo takie wydawał głupie zarządzenia
I tym mnie dokuczał bez zastanowienia.
Mianowicie : kazał podoficerowi,
Który był służbowym, a nawet strzelcowi,
Żeby on miał nadzór nad tymi wszystkimi,
Którzy nuty kleją i są zajętymi.
I tak on na kontrol wszedł do nas na salę
To służbowy na to nie miał patrzeć wcale,
Czy się podoficer starszy tam znajduje.
Krzyknął do nas ”baczność” i on mu melduje,
A ja szef orkiestry z podoficerami
Miałem stać na baczność nawet przed uczniami,
A to wbrew przepisom, więc się oburzyłem
I znowu chcąc nie chcąc z nim się pokłóciłem,
Bo mu powiedziałem, ja jestem najstarszy.
Są na to przepisy, to chyba wystarczy,
Kiedy przełożony na salę przychodzi,
Kto go zauważy, starszy czy też młodzi,
Powinien się do mnie zwrócić, a ja wstaję,
Wychodzę na czoło, komendę oddaję.
Na moją komendę na baczność wstawają,
Na przełożonego swe oczy zwracają,
A nie żeby kapral na baczność mnie stawiał,
I swojego szefa w ten sposób zniesławiał.
Więc moi kochani, choć z tego widzicie,
Że zawsze z nim miałem jako szef utrucie.
Tak na każdym kroku walczyć z nim musiałem,
A że rację miałem i wciąż zwyciężałem,
Więc on na mnie wściekły rozkaz musiał zmienić,
Przed Dowódcą Pułku musiał się rumienić,
Bo Pułkownik Pecka znał mnie od kilku lat.
Wiedział, kto jest winny, a kto nie winowat,
Wiedział, że w Orkiestrze niedobrze się dzieje,
Że patrzymy na się, jakby dwa złodzieje,
Sprawami Orkiestry się interesował
I mnie bardzo cenił i bardzo szanował,
Więc kiedy Sadowski poszedł na mnie skarżyć,

-60/63-

Pułkownik już wiedział jak sprawę rozważyć.
Ale w krótkim czasie nasz Pecka kochany
Z Pięćdziesiąt Ósmego został odwołany.
Z Poznania wyjechał na wschód do Równego.
Straciła Orkiestra opiekuna swego.
Jak Pecki zabrakło, chciał się na mnie zemścić,
Posłał na komisję, z wojska chciał mnie zwolnić.
A komisja jednak szczegółowo zbadała
I do dalszej służby wojskowej uznała.
Był wtenczas Dowódcą Podpułkownik Tomiak.
Dobry to był człowiek, w dodatku Poznaniak,
Lecz w sprawach Orkiestry niewtajemniczony,
Więc wkrótce zostałem z Orkiestry zwolniony.
Do Szóstej Kompanii jako gospodarczy
Poszedłem jak dla mnie ta funkcja wystarczy.
Ale i w kompanii radę sobie dałem,
Bo wszędzie przyjaciół i kolegów miałem.
Gdy się Ministerstwo o tym dowiedziało,
Zaraz do Warszawy pismem mnie wezwało.
W Ministerstwie zgłosił to Pułkownik Pecka
/ on mnie bardzo lubił, tak jak swoje dziecko/,
Że źle załatwili Pełczyńskiego sprawy,
Jak mnie przed pół rokiem wzięli do Warszawy,
To w Pięćdziesiąt Ósmym mnie potrzebowali
I na przeniesienie zaprotestowali,
A teraz mnie szybko z Orkiestry zwolnili,
Na gospodarczego dali mnie do linii,
Więc na to wezwanie jadę do Warszawy
Trochę podniecony i bardzo ciekawy.
Nie wiedziałem przecież, po co mnie wzywają
I tą niejasnością tak mi dokuczają.
Dopiero w Warszawie tam się dowiedziałem,
Że na kapelmistrza egzamin zdać miałem
Nieprzygotowany, więc się trochę bałem,
Czy tych wiadomości już nie zapomniałem.
Bądź co bądź, widzicie, moi kochani,
Że by wyście byli też zdenerwowani,
Ale mimo wszystko ja egzamin zdałem.
Na każde pytanie im odpowiedziałem.
Komisja, która mnie egzaminowała,
Zdziwiona po wszystkim tak mi powiedziała :

-61/63-

Był tutaj w Warszawie Kapitan Sadowski
I mówił, że z pana to kapelmistrz kiepski,
A myśmy się dzisiaj wszyscy przekonali ,
Fałszywą opinie z Poznania nam dali,
Niech Pan spodziewa wkrótce przeniesienia
I na nowym miejscu dużo powodzenia.
Był to do mnie okres bardzo niespokojny
Miesiąc brakował do wybuchu wojny
Wszystko, że tak powiem, już wojną pachniało,
A mnie przeznaczenie w nowe miejsce pchało.
Przyszło przeniesienie, jadę do Żytynia .
Na ten temat miałbym coś do powiedzenia,
Ale trudna sprawa, zawodowym byłem
I na przeniesienie zgodę wyraziłem.
Zgłaszam się w Żytyniu – wojsko na granicy.
Musiałem pojechać w kierunku Krynicy,
Bo Batalion KPO od przeszło miesiąca
Przeniesiony został do Starego Sącza.
Do Starego Sącza w objad przyjechałem.
U Domódcy się zameldowałem.
Dowódca się cieszył, był zadowolony :
Nareszcie Pan do nas został przeniesiony,
My już od dawna na Pana czekamy,
Bo ważną robotę dla Orkiestry mamy.
Pan Adiudant Pana Orkiestrze przedstawi,
A pracę w Orkiestrze już Panu zostawi.
Tak powiedział Major, mieszkanie mi dali,
Po długiej podróży odpocząć kazali.
Spotkanie z Orkiestrą po południu było.
Bractwo się w komplecie jak jeden stawiło.
Wszyscy się serdecznie do mnie uśmiechali.
Jako pierwszy numer marsza-śmy zagrali.
Potem pogawędka, każdy swoje zdanie
Powiedział otwarcie, więc moje spotkanie
Było bardzo miłe, wszyscy się cieszyli,
Że nowego szefa nareszcie zdobyli.
Mnie się też Orkiestra KOP spodobała
I muszę powiedzieć, nie najgorzej grała.
Do dyrygowania się przyzwyczaili
I podczas koncertu błędów nie robili.
Codziennie na rynku żeśmy koncert grali,
A ludzie z Sącza chętnie go słuchali.

-62/63-

Prawie całe miasto koncertu słuchało,
Za każdym numerem nas oklaskiwano.
Jak grałem w Poznaniu na Placu Wolności
Nie było oklasków, uznania, radości,
A tu w Starym Sączu to oklaskiwanie
To była zapłata za to nasze granie.
Wszyscy orkiestranci z tego się cieszyli
I wszytkie utwory dobrze wyćwiczyli,
Lecz niestety miesiąc tylko żeśmy grali,
Bo od września Niemcy wojnę rozpoczęli.

-63/63-

 

 

 

1962